Rynek to nie bajka

Roman Nowicki
opublikowano: 2005-04-19 00:00

Błędem brzemiennym w skutki było to, że przed wejściem do Unii Europejskiej wmawiano nam, że wszystkie patologie i problemy w życiu gospodarczym zostaną automatycznie rozwiązane oraz że przepisy Unii Europejskiej zapewniają uczciwą konkurencję, a reguły wolnego rynku są w praktyce niczym nieskrępowane.

Przebudzenie jest bolesne. Okazuje się, że przepisy są przepisami, a kraje Unii robią, co mogą, żeby zabezpieczyć własne interesy — rozwój rodzimej przedsiębiorczości i usług. Polska znalazła się w trudnej sytuacji. Otworzyliśmy swój rynek bez żadnych ograniczeń, próbujemy rozwiązywać problemy związane ze swobodnym przepływem kapitału i usług, a z drugiej strony — nie widać żadnej wzajemności. I żeby wszystko było jasne — nie chodzi tu o żadne retorsje, ale twarde respektowanie jednolitych dla wszystkich reguł gry.

Mamy jeszcze świeżo w pamięci przepisy, które powodowały, że środki pomocowe dla Polski w maksymalnym stopniu musiały wracać do krajów, które je ofiarowywały (słynne „brygady Mariotta” — korzystanie wyłącznie z określonych sieci hoteli, z przelotów linii lotniczych stanowiących własność krajów, które pomoc nam ofiarowywały itp., itd.).

Do dziś, mimo przepisów Unii Europejskiej, nie ma takiej możliwości, poza nielicznymi wyjątkami, żeby inwestycje finansowane ze środków publicznych były realizowane w generalnym wykonawstwie przez firmy z innych krajów. I znowu jedynie Polska stanowi tu zadziwiający wyjątek. Na palcach jednej ręki można policzyć krajowe przedsiębiorstwa, które realizują takie inwestycje. Ograniczenia mogą być różnego typu i są stosowane powszechnie. Szkoda, że dopiero teraz, przy ostrych protestach Francji i Niemiec, zaczynamy dostrzegać tego raka, który przecież od dawna toczy życie gospodarcze w Europie.

Możliwości tworzenia różnego typu zapór, w oparciu o przepisy krajowe, jest bez liku. W Polsce pozwolenie na pracę obcokrajowców można uzyskać w każdym województwie. W Niemczech natomiast — tylko w jednym okienku w Duisburgu i za wielokrotnie wyższą niż w Polsce cenę. W Niemczech związki zawodowe wymyśliły, a rząd, który chce mieć dobre wyniki w wyborach, zaczyna to uwzględniać, że polscy robotnicy powinni zarabiać na tym terenie tyle, ile robotnicy niemieccy. Przeczy to fundamentalnym zasadom wolnej konkurencji i skazuje polskie przedsiębiorstwa na bankructwa, bowiem nikt nie wytrzyma poziomu płac robotników niemieckich przy obciążeniach podatkowych i socjalnych obowiązujących w Polsce.

Ta smutna wyliczanka ma służyć tylko jednemu — żeby uzmysłowić, że wolny rynek nie jest i nie będzie nikomu podany na tacy. Rodzi się w bólu, wśród licznych patologii i nasi politycy, a szczególnie eurodeputowani, powinni o tym wiedzieć i powinni się tego nauczyć. Do niedawna jeszcze argumenty dotyczące faktu, że na skutek wielkiego dysparytetu w wymianie handlowej między Polską a Niemcami na niekorzyść Polski dajemy zatrudnienie olbrzymiej rzeszy robotników niemieckich, były uznawane za populistyczne. Może warto to uzmysłowić związkom zawodowym w Niemczech, które zamykają własne rynki, ale inne kraje chcą traktować jak nieograniczone rynki zbytu dla swoich wyrobów i usług. Niedawno zapytany o to Richard Mbewe, ekspert ekonomiczny, w audycji „Plus Minus” powiedział mniej więcej tak: „u nas w Zambii jest powiedzenie, że jak ktoś śpi i otwiera usta, to niech się nie dziwi, że wchodzą mu do buzi muchy”. Może w tym coś jest...

Roman Nowicki, przewodniczący Stałego Przedstawicielstwa Kongresu Budownictwa