W najbliższych dniach Sejm ma się zająć przygotowanym przez Ministerstwo Rozwoju projektem ustawy dotyczącym dopłat do oprocentowania kredytów udzielanych w związku ze skutkami COVID-19. W wykazie prac legislacyjnych i programowych Rady Ministrów zapisano, że celem nowych regulacji jest „utrzymanie płynności finansowej w sektorach dotkniętych ekonomicznie koronawirusem”.

Legislacyjna wrzutka
Projekt zawiera także propozycje zmian w innych przepisach, o których nie wspomniano w wykazie. Takie zabiegi legislacyjne, które opozycja nazywa wrzutkami, rząd stosuje ostatnio bardzo często, np. przy okazji wprowadzania tarcz. Z projektu z 28 kwietnia, do którego dotarł „PB”, wynika, że tym razem w cieniu dopłat szykuje się m.in. nowelizacja ustawy o kontroli niektórych inwestycji. Zgodnie z ministerialnym przedłożeniem ma się w niej pojawić kilkanaście zapisów (oznaczonych jako 12a-12k), wprowadzających znaczne ograniczenia w nabywaniu akcji spółek.
Przepisy mają dotyczyć ewentualnych zakupów dokonywanych przez inwestorów, którzy nie są obywatelami państw Unii lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG) lub nie posiadają od co najmniej dwóch lat siedziby na terytorium któregoś z takich krajów. Takie podmioty będą miały ograniczoną możliwość przejęcia lub nawet zdobycia „znaczącego uczestnictwa” (próg określono jako 10 proc. głosów lub kapitału) w licznych polskich przedsiębiorstwach.
Lista niczym litania
Artykuł 12d określa ściśle, o jakie przedsiębiorstwa chodzi. Są to przede wszystkim firmy, których przychody ze sprzedaży i usług w ostatnim i/lub przedostatnim roku (przed ewentualnym przejęciem) sięgnęły co najmniej równowartości 10 mln EUR (obecnie około 45,7 mln zł). Ponadto, zgodnie z projektem, chodzi o wszystkie spółki publiczne, a także niepubliczne, jeśli np.: wytwarzają energię elektryczną lub cieplną, produkują, transportują i przechowują benzyny, olej napędowy lub gaz ziemny, wytwarzają chemikalia, nawozy i wyroby chemiczne, prowadzą działalność telekomunikacyjną, produkują urządzenia, instrumenty i wyroby medyczne, leki i inne produkty farmaceutyczne, zajmują się przetwórstwem mięsa, mleka, zbóż, owoców lub warzyw.
W chronionej ustawą grupie podmiotów znalazły się także takie, które opracowują i modyfikują oprogramowanie wykorzystywane m.in. do: transmisji głosu, płatności bezgotówkowych, świadczenia usług ubezpieczeniowych, obsługi szpitalnych systemów informatycznych, sprzedaży leków na receptę, świadczenia usług gromadzenia lub przetwarzania danych w chmurze obliczeniowej oraz używane w: logistyce, wszystkich typach transportu pasażerów i towarów oraz zaopatrywaniu w żywność. Przepisy dotyczą również firm, które są posiadaczami instalacji i urządzeń wchodzących w skład tzw. infrastruktury krytycznej.
Pięć lat lub 100 milionów
Podmiot spoza UE lub EOG, który zechce przejąć polską firmę chronioną tą ustawą, będzie musiał przed zawarciem umowy powiadomić o tym prezesa Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) pod rygorem kary pozbawienia wolności od sześciu miesięcy do pięciu lat i/lub grzywny do 100 mln zł. Szef UOKIK będzie miał 60 dni na decyzję o wszczęciu kontroli i kolejne 90 dni na jej przeprowadzenie (w szczególnych przypadkach będzie mógł ją wydłużyć o kolejne 90 dni). Może nie udzielić zgody, np. jeśli uzna, że transakcja zagraża porządkowi publicznemu. Nowe zasady — jak napisano w art. 12a projektu — wprowadzane są „w związku z sytuacją wywołaną COVID-19”. Uzasadnieniem są zakłócenia funkcjonowania rynków, przerwanie łańcuchów dostaw, wystąpienie ekstraordynaryjnego popytu na niektóre towary i usługi, uniemożliwienie funkcjonowania części przedsiębiorstw, spadek kursów spółek giełdowych i złotego.
Na teraz i na zawsze
Przepisy mają obowiązywać przez dwa lata. Nie oznacza to jednak, że potem wszystko wróci do normy.
— Inicjatorem zmian, które mają być wprowadzone tymczasowo w związku z COVID-19. jest Ministerstwo Rozwoju. Natomiast docelowo obowiązywać mają nowe regulacje, nad którymi pracuje już zespół prawników z komisji ds. reformy nadzoru właścicielskiego Ministerstwa Aktywów Państwowych [MAP — red.] — mówi Janusz Kowalski, wiceminister w MAP.
Informuje, że choć będzie to inna ustawa, kierunek i cel będzie taki sam jak tymczasowych regulacji. Podkreśla też, że podobne rozwiązania wprowadzają inne państwa, m.in. Niemcy, Francja, Włochy, Stany Zjednoczone i Australia.
OKIEM EKSPERTA
Po pandemii trzeba wrócić do normalności
PIOTR KUCZYŃSKI, analityk rynków kapitałowych
Nie dziwi mnie, że na okres pandemii wprowadza się obostrzenia w przejmowaniu spółek, zwłaszcza tych o strategicznym znaczeniu. Nie widzę w tym nic nagannego. Podobne rozwiązania wprowadzają m.in. Francuzi i Niemcy. Chodzi o to, żeby w tych nietypowych okolicznościach, w jakich obecnie żyjemy, połowy Polski czy Europy nie wykupili Chińczycy lub Amerykanie. To rozsądne rozwiązanie, ale ma sens tylko w wyjątkowych czasach. Mam nadzieję, że przepisy będą obowiązywać tylko chwilowo, właśnie w czasie pandemii, kiedy w związku z recesją spółki można by przejąć dosłownie za pół darmo. Zobaczymy, jakie nowe przepisy przygotuje Ministerstwo Aktywów Państwowych. Jeśli hamowałyby możliwość swobodnego handlu akcjami i działania na rynku, należałoby protestować. A na razie można i trzeba ostrzegać, żeby takich rozwiązań nie przedłużać, bo po pandemii trzeba wrócić do normalnego funkcjonowania na podstawie Kodeksu spółek handlowych.
OKIEM PRAWNIKA
Cios w rynek kapitałowy
JAROSŁAW GRZESIAK, partner zarządzający kancelarii Greemberg Traurig Grzesiak
Wejście w życie takich przepisów spowoduje, że dostęp polskich przedsiębiorstw do kapitału zostanie ograniczony jeszcze bardziej niż dotychczas. Obostrzenia dotyczące inwestowania private equity we wszystkie spółki publiczne oraz wiele innych z licznych sektorów to bardzo zła wiadomość dla polskiego rynku kapitałowego, bo tego typu duzi inwestorzy pochodzą przecież najczęściej z Ameryki, Australii i Wielkiej Brytanii. Projektodawca wydaje się dostrzegać tylko to, że ktoś będzie chciał wykupić polskie firmy, a nie widzi, że to polski właściciel, żeby utrzymać działalność w ciężkich czasach, będzie szybko potrzebował pieniędzy, także spoza UE. Dodatkowa, a nie zastępująca normalne postępowanie antymonopolowe, procedura przed UOKiK, może trwać nawet 270 dni, a jej rezultat jest niepewny. Jak w tych warunkach przeprowadzić wezwanie do sprzedaży akcji na giełdzie albo sprzedaż przedsiębiorstwa, jeśli jest kilku konkurujących ze sobą chętnych? To może skutecznie zniechęcić wielu bardzo potrzebnych nam inwestorów. Czy projektodawcy faktycznie chodziło o to, by uniemożliwić przyciąganie do Polski zagranicznego kapitału? Czy można deklarować, że naszymi ważnymi partnerami handlowymi są USA, Wielka Brytania, Izrael, RPA, a jednocześnie wprowadzać przepisy, które inwestorów z tych państw zrównują z inwestorami ze wszystkich krajów pozaeuropejskich?