Rzadki zarząd

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2003-10-31 00:00

Łódzkim Atlasem rządzą: Baśka, Chomik, Goebbels, Nikifor, Grzegorz Roku, Prezes Nieobecny i Niewidzialny Członek. Nad wszystkim czuwa Propaganda. A co tam u nich? Ano sypie się...

Po spotkaniu z pięcioma prezesami, zlany potem i łzami, napisałem do Aleksandry Paprockiej:

Pani Olu,

poszli na całość. A jak wszyscy, to i prezes Ciupiński musi. Niech nieobecny na zarządzie odrobi pracę domową. Proszę go o napisanie rozprawki (minimum 5 tys. znaków — zachowując wszelkie obwarowania konstrukcyjne formy) na temat: „Polskie bociany kleją Niemca”.

Serdecznie pozdrawiam.

Reakcja byłskawiczna:

Panie Wojtku,

proszę o inny zestaw pytań. Nie będziemy odnosić się do Niemca, Krzyżaka, Żyda itp. A poza tym, ładnie to tak męczyć chorego człowieka...

Łódź jesienią. Na kamienicach kwitnie rdza. Słota. Spadają tynki. Zapach pleśni. Ceglane miasto się wdzięczy. Ulicę Kilińskiego przecina tramwaj. Pod dwójką, na drugim, filiżanka tańczy z kawą. Wszystko się trzęsie! Przywitała mnie niemłoda, acz atrakcyjna sekretarka. Kazała czekać. Przez uchylone drzwi konferencyjnej słychać wrzaski.

Wpada Roman Rojek, wiceprezes Atlasa. W białej koszuli, chudy, rozchełstany. Zmierzwione włosy, szeroki uśmiech. Rozkłada ramiona:

— Witam! Zaraz będą. Jednego wysłałem do domu, żeby się przebrał. Bo wieśniak w jakimś starym sweterku przyjechał. A tu przecież prasa, zdjęcia będą! — śmieje się na całe gardło i znika.

Nie mija minuta. Pod drzwiami znowu słychać głos Rojka.

— Właź!

— Nie! — wyraźny opór.

— No wchodź! — naciska Rojek i siłą wpycha do środka niskiego jegomościa o aparycji skrzata.

Mały i zarośnięty. W czarnym podkoszulku i takiej marynarce, podejrzliwe łypie spod byka.

— Walczak — wyciąga rękę.

Przybijam piątkę, przedstawiam się, a ten odskakuje jak oparzony. Wybiegając z sali, woła:

— Dziennikarz! Po co? Przecież ja im wszystkim nie ufam!

Rojek za nim. Wymachuje rękami, chyba chce przekazać, bym się nie martwił. Po chwili jest już z powrotem.

— Zapraszamy jednak do gabinetu prezesa Walczaka. Tam się lepiej rozmawia. Poza tym rozlaliśmy trochę alkoholu i ktoś to musi wypić — uśmiecha się i zaprasza szerokim gestem.

Dobrze wymyślona i zagrana scena. Jak Peszek z Grabowskim u Schaeffera.

Jesteśmy na zarządzie. W pokoju, prócz Andrzeja Walczaka i Romana Rojka, jeszcze trzy persony: Barbara Bik — elegancka, Grzegorz Grzelak — miły, lekko stremowany i Mariusz Jurkowski — na pierwszy rzut oka — chomik.

— Chyba za dużo piasku dosypujecie do kleju? — walę prosto z mostu.

— Sahara ma się dobrze — rąbie bez ogródek Walczak.

— Pan przyszedł z bardzo szacownego dziennika. Niemalże, bo nie ukazuje się w soboty... — tłumaczy prezes Rojek.

— I chciałby się dowiedzieć, skąd chemię sprowadzasz, jakie proporcje dajesz. Zdradź formułę i powiedz od razu, komu ukradłeś pierwszy milion — dołącza Mariusz Jurkowski.

— Żebyście mnie kołem młyńskim łamali, na łożu madejowym kładli — nie powiem! — zarzeka się Walczak.

— Andrzej, ty nie odkręcaj kotu ogona — ostrzega Rojek.

— Dobra, jestem do dyspozycji. Ale wolałbym, żeby Basia... To jest nasz cukiereczek!

— Jakie macie zyski?

— Basia na takie tematy nie rozmawia z dżentelmenami — jedyną kobietę w zarządzie Atlasa wyręcza Jurkowski.

— Dajcie panu kielicha, bo się nam nie rozluźni — radzi Rojek.

— Od wielu lat polski rynek budowlany nurtuje pytanie...

— Kiedy zejdziemy? — dopowiada prezes Walczak.

— Nie. Skąd macie pieniądze...

— Ja już muszę lecieć — Walczak zrywa się z krzesła.

— Nikifor polskiego biznesu! On się tak przedstawia — rzuca za nim Jurkowski.

— Co jest najważniejsze w życiu? — wołam za Nikiforem.

Mariusz Jurkowski krzyczy, że dla niego pieniądze. Nikifor protestuje. Mówi, że malarstwo sztalugowe. Pieniądze nie są przypisane do natury. Fenicki wymysł. Malarstwo powstało dużo wcześniej — jeszcze w jaskini. Ktoś załatwiał „te sprawy”, wziął listek, za nim ściana była, to on po niej... Tak według Andrzeja Walczaka powstało malarstwo. Roman Rojek apeluje, by mówić coś, co da się później przeczytać. Walczak na to, że Andy Warhol już dawno powiedział: „śpiewać każdy może”.

— Co na to Wasi pracownicy?

— Pan ich zapyta — bryluje Walczak.

Prezes Jurkowski przyznaje jednak, że pracownicy są przejęci i martwią się. Mówię, że wiem, bo ostatnio sporą część łódzkiej załogi chcieli wysłać na 3 miesiące bezpłatnego urlopu. Kij w mrowisko! Wszyscy razem: Ooo! Ooo! Ooo!

— Jakiegoś tajnego agenta nam tu nasłali! — wrzeszczy Andrzej Walczak i znowu się zbiera do wyjścia.

A ja, że z pracownikami rozmawiałem — tyle, że przed zarządem.

— Niech pan się napije, bo panu bazgroły wyjdą — dobra rada Romana Rojka.

Łyk. Pieczenie.

— Rzeczywiście. Generalnie nie narzekają. Mówią, że fajnie jest — wymiękam.

— No widzi pan, nam też mówią, że świetnie — ucieszył się prezes Jurkowski.

— Wiecie co? Ja już wyczułem pana. On myśli, że to się kiedyś skończy! — błysk w oczach Walczaka wiele tłumaczy.

Pani Olu,

przecież nie chodzi o dręczenie chorego człowieka — wiadomo, że rozprawka (bo upieram się przy tej formie) będzie „sprePaprockowana”. Wiem, że raczej nie do śmiechu Wam teraz w firmie, ale może właśnie dlatego warto się trochę oderwać. Jak drwić z rzeczywistości (a odnoszę wrażenie, że zarząd Atlasa robi to permanentnie), to zawsze do końca. Ale może się mylę? Tak, czy inaczej nie zmieniam tematu rozprawki. Zmieniam natomiast jego formę na pytającą, czyli: „Czy polskie bociany kleją Niemca?”. I teraz tak: pytanie wychodzi od nas i nie ma zagrożenia, że Niemcy (czyli Henkel, Kreisel itp.) „zbulwersują się na Atlas”. Tym razem to my prowokujemy, nie Wy — co z pewnością podkreślę w tekście. Pytanie nie bierze się z powietrza — przez kilka lat prowadziliście dość ostre, a bardzo inteligentne kampanie promocyjno-reklamowe, wymierzone w niemiecką konkurencję. Forma rozprawki daje Wam tak szerokie pole do popisu, że trudno sobie wymarzyć lepsze narzędzie do wszelkich marketingowych wycieczek. Być może Pani nie wie (bez urazy — szczerze proszę, Pani Olu), ale powiedzenie „kleić Niemca” jest też synonimem — stwierdzeń: „udawać Greka”, „zgrywać wariata”, „rżnąć głupa”. Na koniec może krótko przypomnę, że rozprawka składa się z 3 części: tezy (jednoznaczne potwierdzenie lub zaprzeczenie tematu) lub hipotezy (przypuszczenie, co do którego nie ma pewności — w przypadku zastosowania hipotezy rozprawka kończy się tezą, hipoteza może doprowadzić do sformułowania kilku różnych tez), rozwinięcia (argumenty) i zakończenia (podsumowanie w formie potwierdzenia tezy, a w przypadku hipotezy kończymy tezą lub zestawem tez).

Błagam, napiszcie to do poniedziałku.

Szanowny Panie Wojciechu! (po przyjacielsku widać nic się u Pana nie wskóra...)

Po pierwsze: wiadomo, że to ja będę się męczyć. Jak moje dzieci chodziły do szkoły, to też musiały pisać jakieś głupkowate rozprawki i ja im nigdy nie umiałam pomóc (mimo, że z pisaniem daję sobie radę), bo uważam tę formę za jakieś kretyństwo. Kiedy ja pobierałam nauki, pisało się normalne wypracowania. Jednakowoż z powodu głębokiego uczucia sympatii do Pana jestem w stanie poddać się tym mękom. Dobrze, że przysłał Pan wytyczne co do „wyprawki”, bo musiałabym szukać w internecie. Córki zdążyły zapomnieć. Po drugie: „kleić Niemca” to Pan sobie wymyślił (bez urazy, Panie Wojtku). Przepytałam kilkudziesięcioosobowy personel w różnym wieku oraz własne dziecko, które czatuje bez umiaru, i nikt o takim zwrocie nie słyszał. Po trzecie: temat nadal jest nie do zaakceptowania i nie o moje zdanie tu chodzi. Ja napiszę, ale prezes Ciupiński musi autoryzować. On nigdy na to nie pójdzie, proszę mi wierzyć. Spośród wszystkich prezesów jest najbardziej uważający, by — broń Boże! — kogoś nie urazić. To nie Rojek! Po czwarte: sam pomysł — nie chcę, ale muszę przyznać — jest bardzo dobry. Ale nie ten temat. Nie będzie Niemiec rozprawki nam ustawiał!!!

— Baśka!

— Andrzej?

— Mów o kreatywnej księgowości... Jesteś gotowa? Jak z tego wychodzisz? Jak to się robi Baśka?

— Nic nowego, wszystko już zostało...

— Zaksięgowane. He, he...

— I powiedziane. Nie mogę być taka nowatorska jak wy.

— Możesz, możesz Basiu.

— No nie mogę.

— Do południa mogłaś.

— Zmieńmy temat.

— O sukcesach! Mariusz?

— Ciężka praca. Tu inwestujemy, tam kopiemy... Roman, w sumie ile mamy spółek?

— Cholera wie! Pogubiłem się. Najgorzej się zgubić w kopalni, niebezpiecznie.

— Mamy piękną w Nowym Lądzie. Wieliczka niech się schowa. Kopalnia anhydrytu. Tam warto pojechać. Andrzejku, może pociągnij wątek, bo jesteś przygotowany z anhydrytu. Z tego się robi gips. Jemu jak się przeje cement, to łaknie gipsu.

— I mówię wtedy: ładny gips!

— To jego drugi konik. Stąd często mówimy o nim: Andrzej Walczak, ten słynny hodowca koni! Co Roman?

— Taaa... Patrzcie jak „Puls” się trzyma. Jeszcze siedzi. Twardy jest. Trzeba koniecznie polać. Nie uważa pan, że źle napisane słowo może na zawsze zniechęcić naszego klienta do kupowania kleju Atlas?

— Może. Dlatego napiszę, że każdy majster, z którym rozmawiałem, twierdził, że Atlas wcale nie jest dobry. Za to macie świetny marketing. Płytki odpadają, trzeba położyć nowe, kupić nowy klej. Interes się kręci.

— Ten pan nas podpuszcza, Jędruś.

— Facet pracuje w „Pulsie Interesu” — wie, gdzie leży kakao... Socjologicznie nas bierze! Mariusz uważaj!

— Wiem, wiem. Chce nas zdenerwować, bo niby wtedy puścimy farbę. My panu i tak wszystkiego nie powiemy, bo się możemy wystrzelać z pomysłów. I nie będziemy mieli nic na przyszłość.

— Ale wyście się już dawno wystrzelali.

— Nieprawda. Grzesiu mówił, że ma pomysł. Co nie Romek?

— Tylko czekamy, aż pęknie. Ciągle przy nim jesteśmy, prosimy, grozimy, nakręcamy — a nuż chlapnie? Jak wymyślił bociana, to może teraz znowu coś fajnego?

— Ach to on!

— A jak! Pan pozwoli, że przedstawię: ojciec bociana!

— No właśnie, niech Grzegorz w końcu coś powie. Przecież zakładał Atlasa, on się zna na budownictwie. Majstrem na budowie był, albo i wyżej. Pan go zapyta, co słychać. Ciekawe, co powie? Bo Andrzej zawsze mówi: sypie się! I Pana jak ktoś będzie pytał, to niech pan mówi: sypie się!

— Kiedy na giełdę wchodzicie?

— Chcieliśmy jutro, ale chyba nieczynna.

— Panowie...

— Grzegorz mów coś... Kochamy Polskę!

— Raz ktoś wchodzi na giełdę, raz ktoś schodzi.

— Patrz: odezwał się! Ale zaraz. Jak się to drugie zwierzę nazywa, bo chcę ładne zdanie ułożyć? Halo! Jak się nazywa ten drugi zwierzak oprócz byka na giełdzie? No masz... Wszyscy biznesowcy... Kurde blade... Jędruś!

— Ja nie wiem Roman, o czym ty mówisz? Jakie zwierzę, jaki byk?

— No jak zwyżkuje, to się mówi, że dzień byka. A jak spada?

— Miś!

— O właśnie! Niedźwiedź! To mądre zdanie miało być takie: giełda, jak to giełda — raz byk goni niedźwiedzia, raz niedźwiedź byka. Niech pan tak napisze, niech wszyscy wiedzą, że jesteśmy kumaci.

— Szczerze to chcieliśmy wejść, ale tam taki portier stał i mówi: gdzie z buciorami na parkiet? Już was tu nie ma!

— Mariusz ma rację, nie wyszło nam wejście. Może dlatego, że było po osiemnastej. Ale cały dzień człowiek w robocie, to wcześniej się nie wyrwie.

— Będziemy jeszcze próbować.

— Kolega obiecał, że pomoże.

— Jaki kolega?

— Tego portiera.

Niemiecka konkurencja niechętnie rozprawia o Atlasie. Da się zrozumieć — w końcu nie co dzień zachodni koncern dostaje po nosie od polskiego producenta.

Dorota Strosznajder, rzecznik prasowy Henkel Bautechnik, przeraża agresją. Początkowo miałem wyjątkowego pecha, bo przez kilka dni nie mogłem jej złapać przy służbowym telefonie. W końcu się udało. Odebrała. Powiedziałem w czym rzecz: szykuję tekst o Atlasie, chciałbym poznać zdanie konkurencji. Spotkać się, pogadać — normalnie.

— Henkel się nie wypowie. Taką mamy politykę informacyjną. Nie spotkamy się i nie poplotkujemy o Atlasie! Potrafi pan to zrozumieć? — rzuciła ostro pani Strosznajder.

Odpowiedziałem, że postaram się, aczkolwiek w takich sytuacjach rzadko mi się zdarza zrozumieć cokolwiek. Grzecznie podziękowałem za rozmowę i odłożyłem słuchawkę.

Ciekawe, jak by zareagował na moją prośbę Krzysztof Baran, dyrektor marketingu — ponoć odpowiedzialny za kontakty z prasą — w firmie Kreisel Technika Budowlana. Nie dane mi było się przekonać, bo co zadzwoniłem do jego biura, to okazywało się, że albo wyjechał, albo zaraz wraca. Ciekawe, czy już jest u siebie?

Nie obyło się bez raf także wśród polskich rywali Atlasa. W Boliksie akurat zmienił się zarząd, nowy prezes jeszcze nie dotarł do pracy, więc nie było z kim pogadać. Za to otwarte i skore do rozmów okazały się nasze małe firmy. Drobni, lokalni producenci klejów budowlanych i zapraw nie mają kompleksów. Tomasz Palichleb, prezes T&P z Gorzowa Wielkopolskiego, mówi, że zaczynał razem z Atlasem. Im się udało — pogratulować! Teraz jednak trochę psują rynek...

— Atlas?

— Nieee... Takie małe firmy, co to po domach mieszają. Im się wydaje, że to takie proste — wymieszać parę składników — i już. Z Atlasem nie ma problemów. Nie wycinają konkurencji. Mają w tej chwili tak wielki wachlarz produktów, że jak na jednym tracą, to na innym zyskują. Wychodzą na swoje — komentuje prezes Palichleb.

Andrzeja Klocka, właściciela spółki Superbet, złapałem pod komórką. Stał chyba na przejściu dla pieszych jakiejś ruchliwej ulicy. Trochę słabo było słychać...

— Skąd pan dzwoni?!

— Z Warszawy!

— Ja z Krakowa, a jestem w Katowicach! Chyba nie pogadamy!

— Może jednak?

— Atlas to moja konkurencja, co ja mogę dobrego powiedzieć?

— Niech pan mówi źle, jak pan chce!

— Zaczynałem w tym samym czasie! Mieli szczęście, że trafili na bogatego sponsora. Przecież na początku to był zespół drobnych przedsiębiorców — jak ja. Ale kupił ich Niemiec — mieli farta...

— Może Pan podać szczegóły? Z tego co wiem, tam jest tylko polski kapitał!

— No może teraz i jest. Ja nie wiem!

— Jak Pan nie wie, to po co Pan zmyśla?

— Dlatego, że przeze mnie zazdrość przemawia. No już... Pozdrawiam! Dobra? — i koniec połączenia.

W przypadku kolejnej firmy trafiłem kulą w płot. Maciej Jucha, współwłaściciel spółki Sanbet ze Smolca:

— Ja z Atlasem nie mam nic wspólnego. Znaczy wiem: taki klej. Ale nie znam. My beton robimy — usłyszałem.

Pomyślałem, że może już dość producentów. Pora na hurtowników. Ciekawe, co się lepiej sprzedaje? Wpierw natknąłem się na Wacława Nowosadko, właściciela firmy Klemens z Koszalina.

— Akurat specjalizuję się w Ceresicie. Współpracuję z Henklem od początku. Czemu nie z Atlasem? Bo nie... Atlas wzoruje się na Ceresicie. Produkty Atlasa nie są złe, ale umywają się do Ceresitu — pan Nowosadko najwyraźniej nie wątpi w niemiecką wyższość.

Wątpliwości ma jednak Jan Śmietanko, szef firmy Milanex z Milanówka.

— No wie pan, trudno mi powiedzieć w zarysie. Zależy kto ma jakie zapotrzebowanie. Ogólnie dobrze się mówi o Atlasie. Klienci nie narzekają. Sam nawet w tej chwili buduję dom, biorę Atlasa i majstrowie chwalą.

— A Ceresit?

— Mam i Ceresit! Wszystkie produkty Atlasa sprzedaję!

Mając na uwadze szczególną wagę, jak i charakter naszej korespondencji, pozwalam sobie odpowiedzieć na Pani ostatni list, będący jednocześnie odpowiedzią na list mojego autorstwa, który był z kolei reakcją na Pani akcję, wywołaną moją propozycją. Idąc niejako w sukurs Pani uwagom, postanowiłem nieco pofolgować w zakresie formy i kontekstu umiejscowienia osoby prezesa Ciupińskiego (który przecież Rojkiem nie jest) w reportażu o Atlasie. Otóż przede wszystkim rezygnuję z głupkowatej „wyprawki”. Może Pani napisać poemat albo przedstawić dowolną — wybraną przez siebie — formę (wypracowanie, esej, felieton, fraszkę — cokolwiek). Przy czym z uwagi na ograniczoną powierzchnię gazety, zastrzegam sobie naniesienie skrótów „odredakcyjnych”. Wychodzę też naprzeciw Pani oczekiwaniom co do tematu. Zrezygnujmy z Niemców, bocianów i klejenia czegokolwiek. W zamian polecam Pani uwadze tematy:

1. „Bohater romantyczny w polskim biznesie XXI wieku — przywołanym postaciom nadaj cechy właściwe bohaterom poematu »Powrót taty« A. Mickiewicza”.

2. „Leszek Miller — Lisek Chytrusek, Czerwony Kapturek czy Szpieg z Krainy Deszczowców?” — odpowiedź uzasadnij w oparciu o wydarzenia związane z tzw. aferą Rywina.

3. „Budowa firmy, która się nie wali — jak mieszać nie należy, radzi stary majster”.

Wydawałoby się, że to wszystko. Ale nie. Moja wyrozumiałość sięga dalece głębiej. Otóż wyżej wymienione tematy NIE SĄ OBLIGATORYJNE. Możecie sobie sami wymyślić temat. W efekcie finalnym dostaje Pani zupełnie wolną rękę (i w formie, i w treści) w spełnieniu mojej — jakże gorącej, serdecznej i pełnej niespełnionych oczekiwań — prośby. Jedynym ograniczeniem, jakie się jawi w tym przypadku (z czego jestem szalenie niepocieszony — proszę mi wierzyć) jest termin złożenia pracy. Został przesunięty z poniedziałku na piątek.

Panie Wojciechu,

czuję się powalona ogromem odpowiedzialności i możliwości. Wręcz sparaliżowana. Osiołkowi w żłoby dano... Czy Pan chce, żebym z głodu padła? No i to przesunięcie terminu. Czy Pan sobie wyobraża, że ja się nie położę dzisiaj spać?! To wykluczone! Jak nie prześpię ośmiu godzin, to nie myślę. Chociaż może to i lepiej by było... Pan pisze ten kabaret od kilku dobrych dni, a ja mam napisać kwestię dla solisty na jutro! Mowy nie ma. Dopiero na poniedziałek i tylko dlatego, że jestem miłośniczką Pańskiej potoczystej prozy i niewyczerpanego źródła fantastycznych pomysłów, które mają realizować inni.

Pozostaję z wyrazami szczerej zazdrości,

Aleksandra Paprocka

— Grzegorz był w Szwecji i złapał dwie ryby.

— To jednak biorą! A mówią, że Szwedzi nie biorą!

— Jeździłem dwa tygodnie po Szwecji. Nie widziałem żadnej budowy. Żadnej. Nic nie budują.

— Albo tak szybko, że nie zauważyłeś.

— Nie widziałem jeszcze kraju, gdzie by się nic nie budowało.

— Posłuchaj Grzesiu, tam jest już wszystko zbudowane.

— A na początku...

— Na początku to oni, proszę pana, wozili klej Starem. Jak tylko sprzedali pół Stara, od razu pili alkohol!

— Ale najpierw zaparkowali.

— Stara... Chyba starą... Nysę. Takiemu coś powiedzieć, później tylko paple...

— Jaki jest podział kompetencji w zarządzie Atlasa?

— Kochamy cię, Basiu!

— Widzi pan, że oni wysoko fruwają. Jestem od sprowadzania ich na ziemię.

— Jakich narzędzi Pani używa?

— Mów prawdę Baśka! Widły, łańcuch, witka brzozowa, kij bejsbolowy! Zależy od rangi problemu!

— Najlepiej ich z góry uderzać, ale nie zawsze się udaje. Czasami ich muszę pociągać.

— A co prezes Rojek wniósł do organizacji?

— Ja tylko wynoszę.

— A ja od początku chciałem, żeby firma nazywała się inaczej...

— Nie mów tego Andrzej! Proszę! Nie mów, że miał być „Lutuj”.

— „Kupuj Lutuja” — takie hasło miało być. Niestety gramatyka polska przesądziła o nazwie firmy. Teraz mamy inne hasła: „Idzie Polak borem lasem i wywija swym... Atlasem”! Albo: „Hej, hej gdzie jest klej? W Atlasie... Głuptasie!”.

— Czym się trudni w Atlasie Mariusz Jurkowski?

— Właściwie nie wiem. Jak wszyscy tutaj. Czasami pójdę do sklepu, coś kupię i podpatruję, jakie mechanizmy zadziałały. Na przykład płacę i dostaję, co chciałem.

— Dlatego ciągle obserwujesz żonę...

— A ty Andrzej tak wyglądasz, bo się czochrasz o czakram!

— Dobra koniec wygłupów. Pan to wyłączy. Na dole ochrona i tak zabierze taśmę.

— Roman, jak wjeżdżałem, zapytałem ochroniarza: kto jest? Spuścił głowę i wybełkotał: dziennikarze...

— To może jednak coś powiemy.

— Pozwólmy przemówić Grzegorzowi.

— To tak: pan zapyta, Grzegorz coś powie, potem znowu pytanie i dalej już samo pójdzie.

— Z jakimi ugrupowaniami politycznymi współpracuje Atlas?

— Jaka teraz wersja obowiązuje, Roman?

— No, że jesteśmy bezpartyjni.

— Aha. Czyli mamy to, proszę pana, gdzieś.

— Za ostro, Grzesiu. Oględniej!

— AWS-u już nie ma, na co teraz łożycie?

— Jak to było? Portfel mam po lewej stronie...

— A pieniądze noszę z prawej!

— No niechże mu pan zada jakieś ludzkie pytanie!

— Często się zbieracie?

— Zależy od sytuacji. W takim składzie widzieliśmy się ostatnio w maju.

— Stąd entuzjastyczna atmosfera. Dawnośmy się nie widzieli...

— A co dzisiaj będzie na zarządzie?

— Sprawdzimy zyski — i tyle. Jak będą, to się rozejdziemy, jak nie, to się zastanowimy dlaczego.

— Często się zastanawiacie?

— Nie zdarzyło się. Ale nic na wieki. Amen.

26 września 2003 roku na posiedzeniu prezesów Atlasa nie było Stanisława Ciupińskiego. Złożony chorobą, nie przybył. Wielka szkoda. Ale — być może mało kto wie — zarząd łódzkiej spółki składa się z siedmiu osób. Łatwo się zatem doliczyć, że poza prezesem Ciupińskim jeszcze kogoś brakowało.

No właśnie, kogo? Z chęcią bym to ujawnił, ale niestety muszę się ugryźć w język. Obiecałem. W zamian dostałem numer telefonu tajemniczego jegomościa. Zanim jednak zadzwoniłem, zebrałem garść informacji. W kilku publikacjach o Atlasie wspominano o niewidzialnym członku zarządu. Od czasu do czasu pojawia się na firmowych imprezach. Co ciekawe, nie zna go większość kadry zarządzającej Grupą Atlasa. Jest postacią od lat owianą nimbem tajemniczości, jednym z najpilniej strzeżonych sekretów spółki.

— Proszę obchodzić się z nim delikatnie i nie wciągać w żadne kabarety — w końcu to ciało akademickie i koledzy naukowcy mu nie darują (szczególnie kasy!) — wskazówkę otrzymałem od osoby, która widziała go tylko raz.

Jest profesorem — to mogę napisać. Czynnym zawodowo. Mieszka w... województwie mazowieckim. Mówi, że zawsze chciał być trochę w cieniu. W Atlasie zwykle pozostawał anonimowy. Potwierdza, że ani razu się nie ujawnił się publicznie. Nie ma jednak złudzeń — wiele osób z pewnością kojarzy jego nazwisko z Atlasem. Są to jednak w większości ludzie z bliskiego otoczenia: znajomi i rodzina. Obcy niech na razie nie wiedzą, o kogo chodzi.

— Z jednej strony chciałbym, by tak pozostało. Bo tak się przyjęło. Poza tym, to po prostu dla mnie wygodne. Mnie trochę irytują różne przejawy zazdrości. A taka sytuacja trochę mnie przed nią chroni. Ale z drugiej strony kiedyś się pewnie w końcu ujawnię. Ciągłe ukrywanie się coraz bardziej męczy — narzeka profesor.

Jego rola w Atlasie na początku polegała na poszukiwaniu składu sztandarowego produktu — kleju. To był początek lat 90. i wcale nie było różowo. Wiele niewiadomych musiał rozszyfrować sam. Mówi się, że był technologicznym mózgiem łódzkiej spółki. Zaprzecza takim twierdzeniom. Ale przemawia przez niego — typowa dla wszystkich zarządców Atlasa — skromność.

— Do mnie należało tworzenie formuły, próby, prace w laboratorium. Moje zadanie polegało też na uzyskaniu aprobaty technicznej, dopuszczającej produkt do sprzedaży. Być może w początkowej fazie rozwoju firmy byłem rzeczywiście jednym z mózgów technologicznych. W końcu prezes Walczak stworzył nowoczesne laboratorium Atlasa, którym zarządza doktor Michalak. Moja rola schodziła na dalszy plan — opowiada.

— Nie miał Pan nigdy nagłej ochoty, by się ujawnić?

— Były takie momenty. Zawsze jednak miałem świadomość zazdrości. Może niepotrzebnie i za bardzo to podkreślam, ale to ludzkie uczucie nie jest zbyt przyjemne. Zatem chwile słabości jeszcze mocniej mnie utwierdzały w przekonaniu, aby pozostać w cieniu. Takie życie... — zwierza się profesor.

Wielu twierdzi, że niewidzialny członek Atlasa to dzisiaj figurant. Pozostał w strukturze spółki ze względu na bogatą przeszłość. On sam przyznaje, że nie jest tam już nikim ważnym. Jednocześnie jednak twardo podkreśla, że w dalszym ciągu blisko współpracuje z Atlasem. Dzisiaj firma wytwarza dużo więcej produktów, więc i jego rola mocno się ograniczyła. Ale jest cały czas gotowy — może nagle będą go potrzebować? I ciągle mówi, że się ujawni. Może jeszcze w tym tekście?

Patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Mijała druga godzina spotkania, a ja ich cierpliwie słuchałem. Przez to ich obłęd osiągał niebotyczne rozmiary. Ostatni raz zebrałem się w sobie...

— Mili Państwo ponieważ za chwilę kończymy, może krótko o swoich pasjach opowiedzcie?

— No to ładnie. Ja nie opowiem. Jest nieco chorobliwa. Nie ma mowy! — protestuje Mariusz Jurkowski

— Też nie powiem. Nie chcę później chodzić z czerwonym ryjem. No nie mogę. Żonie obiecałem — wtóruje mu Rojek.

— Za to już pan wie, że Andrzej jest hodowcą konia — wtrącił podekscytowany Jurkowski, po czym dodał:

— Dobra powiem. Czytuję „Detektywa” — namiętnie!

— Teraz Basia — dawaj! — rozochocił się prezes Rojek.

— Co was tak interesują moje pasje?

— Czytelnicy są ciekawi.

— Basiu powiedz. Wstydzi się! Ona marzy o świecie bez pieniądza — prezes Walczak wyciąga pomocną dłoń.

— Moją pasją jest emerytura — ripostuje Barbara Bik.

W gabinecie rozległo się gromkie: Ooo!!! Ooo!!!

— Basia chciała powiedzieć, że fundusze emerytalne — tłumaczy Basię Mariusz Jurkowski.

A Walczak znowu prowokuje Grzelaka: Grzesiu teraz ty!

— Grzegorz, no! Lotnik, kosmonauta, płetwonurek! I to nie są pasje?! — dołącza się Rojek.

— Cicho! — rozkazuje Walczak.

— Dobra kosmonautę niech pan wykreśli, to przyszłość — podporządkowuje się Rojek.

— Ale to w sumie smutne, że zaraz już koniec — zauważam.

— A to nie słyszał pan? Im dowcip krótszy, tym lepszy — ironizuje Walczak.

Roman Rojek na to, że każdy kabaret musi się zacząć i skończyć, i że ma jeszcze prośbę. Chce, by tekst o Atlasie wydrukować na stronach koloru żółtego. Niech wszyscy wiedzą, jakie papiery ma zarząd spółki. Ostatni raz lojalnie informuję, że skrupulatnie spiszę całą taśmę.

— To kogo oddelegujemy, aby rozwiązał problem? Andrzej załatwisz to z panem? — pyta pani Barbara.

— Ze mną się nie załatwia.

— Taki pan mocny? — kozaczy Walczak.

— Raczej normalny.

— Była tu taka jedna, to samo mówiła... He, he, he... Do czasu — Rojek jest pewny siebie.

— Ciekawe, co ludzie powiedzą — głośno się zastanawiam.

— Oj, to co zawsze — Roman Rojek nie ma wątpliwości.

— Stawiamy na jakość, niech pan koniecznie dopisze — przypomina Jurkowski.

— Nieee... To wszystko było bez sensu — Andrzej Walczak ma chwilę zwątpienia.

— Uznajmy, że wyjątkowo — ratuje go Rojek.

— Zaraz wyłączam — ostrzegam.

— Słuchajcie, pan musi coś poważnego napisać, bo jak się okaże, że jesteśmy tacy kretyni, to będziemy mieli nie 130 konkurentów, tylko 600. Każdy dojdzie do wniosku, że wystarczy być średnio inteligentnym debilem, by zrobić klej!

— Ale w Atlasie jest zupełnie normalnie! — to prezes Jurkowski wyraźnie zaskoczony wypowiedzią kolegi Rojka.

Zalega cisza.

— Co by pan chciał jeszcze wiedzieć?

— W sumie to już chyba wszystko jasne.

— Miał pan — jako jedyny — niepowtarzalną szansę dotknąć duszy Atlasa — z powagą podkreśla Andrzej Walczak.

— Jeszcze jakaś puenta? — pytam.

— Od puent jest Goebbels Atlasa — Roman. Mów! — poleca Mariusz Jurkowski.

— Niech Grzegorz powie, człowiek roku. Grzegorz Roku! — Rojek odbija piłeczkę.

— Co mam mówić? Zaśpiewałbym. Ale pan by już chyba tego nie zniósł.

— A propos znoszenia — wiecie, kiedy kogut znosi jaja? Jak schodzi po drabinie. Też głupie?

I tak się skończyło.

Mam nowy pomysł. Ponieważ artykuł (już zapowiedziany, więc nie ma odwrotu!) ma ponoć charakter niekonwencjonalny, to niechaj wypowiedź prezesa Ciupińskiego takaż będzie. Przesyłam dwie karteczki — wypowiedzi, namalowane i napisane osobiście przez prezesa. Po pierwsze — hand made, po drugie — dowcipne, po trzecie — dają one obraz tzw. kultury organizacji (sic!). Toż to sam prezes pisze własnoręcznie do swoich pracowników! Gdzie taką inną firmę znajdziecie? Proszę napisać, co Pan na to?

Pani Olu,

kartki fajne — nie ma co. Na pewno opublikujemy. Tylko, żeby prezes chociaż jedną narysował specjalnie dla „Pulsu”, a nie jakieś mi tu Pani starocie podsyła!!!

Przecież ja się z Wami wykończę...

Ale skoro Pani tak, to ja z innej mańki: opublikuję naszą korespondencję i w ten sposób również (w końcu) Pani zasługi dla Atlasa zostaną docenione. Ja bym na Pani miejscu nie narzekał.

Ku chwale ojczyzny Aleksandro Paprocko!

Miłego weekendu.

Panie Wojtusiu Kochany!

Ja Pana błagam, jak mnie Pan choć trochę lubi. Żadnej naszej korespondencji. Przecież mnie w ogóle nie ma. To wszystko się robi samo, bo firma taka wspaniała jest, że gołym okiem widać. I żaden człowiek do propagandy — nie bójmy się nazywania rzeczy po imieniu — nie jest potrzebny. A kartki wcale nie są stare — nowych świąt bożonarodzeniowych jeszcze nie było, a kartka poimieninowa jest z marca. I wcale nie narzekam!!! Tylko mi trochę szkoda, że nasza korespondencja się skończy, jak wszystko co dobre. I nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. A trudności hartują, nie wykańczają...