Rządy nie uczą się na dziurach

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 2013-08-06 00:00

Minister finansów co roku przesadza z optymizmem przy konstruowaniu budżetu. Przestrzelił już o 88 mld zł. Ten grzech ma też na sumieniu większość jego poprzedników

Ministerstwo Finansów (MF) pracuje nad nową wersją budżetu na 2013 r. Projekt zmian ma powstać do końca sierpnia. Nowelizacja jest nieunikniona, bo jak szacuje rząd, do kasy państwa wpłynie w tym roku aż o 24 mld zł mniej, niż założono w ustawie budżetowej. To ogromna dziura w dochodach — mniej więcej tyle wyniosą łączne roczne wpływu do budżetu z CIT. To tak, jakby nagle zniknęło całe finansowanie budżetowe dla szkolnictwa wyższego i wymiaru sprawiedliwości łącznie (ich koszt to odpowiednio 12,2 i 10,4 mld zł). Warto jednak zaznaczyć, że nadmierny optymizm resortu finansów to nie jednorazowa wpadka. Na Świętokrzyskiej naiwna wiara w wysokie dochody to grzech powtarzany od lat.

Ministerstwo optymizmu

Dla Jacka Rostowskiego budżet na 2013 r. to już czwarty, w którym wyraźnie przeszarżował, czyli przyjął zbyt optymistyczne założenia dotyczące dochodów. Największą wpadkę zanotował w 2009 r., kiedy pomylił się o 29 mld zł (wpływy okazały się o 10 proc. niższe, niż założono). Łącznie dochody budżetowe z lat 2008-13, czyli za kadencji Jacka Rostowskiego, odbiegały od prognoz MF o 94 mld zł, z czego aż 88 mld zł okazało się przestrzelonych w górę.

— MF pod wodzą Jacka Rostowskiego mocno przesadza z optymizmem. Trudno powiedzieć, czy ten nadmierny optymizm w prognozach dochodów wynika bezpośrednio z decyzji politycznych ministra, czy też analitycy w resorcie finansów sami wiedzą, czego od nich oczekuje przełożony — mówi Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC, były wiceminister finansów.

Tylko w latach 2010 i 2011 r. budżet został zrealizowany tak, jak powinien, czyli dochody okazały się nieznacznie wyższe od założeń. Trzeba jednak pamiętać, że w obu tych latach polska gospodarka mocno zaskoczyła na plus (w 2010 r. niespodziewanie szybko wyszła z kryzysu, a w 2011 r. skutecznie broniła się przed drugą falą recesji na Zachodzie). Rozwijała się w tempie około 4 proc., tymczasem rząd zakładał odpowiednio 0,5 i 3,5 proc. Gdyby te prognozy się sprawdziły, dziura w budżecie mogłaby być większa niż w 2009 r. Minister Rostowski kilkakrotnie tłumaczył, że w prognozach budżetowych lepiej być optymistą, bo działa to jak samospełniająca się przepowiednia (przedsiębiorcyi konsumenci zaczynają podzielać ten optymizm i gospodarka przyspiesza).

— Pewien optymizm jest uzasadniony, ale tylko w prognozowaniu przez rząd wskaźników makroekonomicznych, np. PKB czy bezrobocia. Kiedy jednak te prognozy przekłada się na przychody budżetowe, potrzebny jest pesymizm, żeby w razie kryzysu mieć rezerwę. Niestety, w tych wyliczeniach resort finansów również pozostaje optymistą — mówi Stanisław Gomułka.

Budżetowa recydywa

Wicepremier Rostowski nie jest jednak wynalazcą budżetowego zaklinania rzeczywistości, ale jedynie naśladowcą poprzedników. Grzech nadmiernego optymizmu towarzyszy polskim budżetom właściwie od początków transformacji. Przez ostatnie 20 lat ministrowie finansów pomylili się w prognozowaniu dochodów łącznie na 176 mld zł. Podobnie jak Jacek Rostowski, również pudłowali raczej „w górę” niż „w dół”. Przeszacowane dochody to 146 mld zł, a niedoszacowane — zaledwie 30 mld zł.

— Trudno powiedzieć, skąd taka skłonność do optymizmu. Być może wynika z tego, że nasze budżety tworzone są zwykle „od tyłu” — najpierw ustala się, jakie będą wydatki i na jaki maksymalny deficyt możemy sobie pozwolić, a dopiero do tego dopasowuje się dochody. Tymczasem dobry budżet to taki, w którym najpierw prognozuje się dochody — mówi Mirosław Gronicki, były minister finansów.

Najbardziej spektakularna wpadka to tzw. dziura Bauca z 2001 r. Dochody budżetowe okazały się o 21 mld zł (13 proc.) niższe, niż prognozował rząd, w którym ministrem finansów był Jarosław Bauc. Sporą wpadkę zanotował też rok później Marek Belka. Ówczesny wicepremier i szef MF, dzisiaj prezes Narodowego Banku Polskiego, przestrzelił dochody budżetowe o 13,4 mld zł (9 proc.). Co ciekawe, grzech nadmiernego optymizmu ma na sumieniu także Leszek Balcerowicz, znany z „jastrzębiego” podejścia do polityki fiskalnej. Co prawda, jego budżety z lat 1998-99 okazały się dość celnie zaprogramowane, ale już w 2000 r. ta sztuka mu się nie udała. Przestrzelił prognozowane wpływy o 13,9 mld zł (10 proc.).