Rządzący boją się efektu domina

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-09-28 20:00

Prawo i Sprawiedliwość w swoim stylu, czyli z zaskoczenia i na gwałt, forsuje specustawę o przedłużeniu o mniej więcej pół roku kadencji organów jednostek samorządu terytorialnego – czyli rad wszystkich szczebli i sejmików wojewódzkich oraz wójtów/burmistrzów/prezydentów.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Specustawa forsowana jest z ogromnym wyprzedzeniem, dlatego mogłaby być procedowana spokojnie w celu wyeliminowania wszelkich niespójności ze stałym kodeksem wyborczym, które już wychodzą. Anormalny pośpiech nie ma jakiegokolwiek uzasadnienia merytorycznego, ale polityczno-taktyczne – owszem. Ustawa stała się naturalnym polem kolejnego starcia obozu władzy z opozycją, jak zawsze wygranego przez PiS wsparte garstką wasali. Wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu przepadł stosunkiem 208:228, przy 1 pośle wstrzymującym się oraz 23 nieobecnych. Podobnie przebiegły prace w komisji oraz drugie czytanie. Wyniki zostaną powtórzone w czwartkowym głosowaniu Sejmu, potem Senat ustawę w całości odrzuci, ale Sejm bezwzględną większością głosów odrzuci to odrzucenie i przywróci swoją wersję, którą Andrzej Duda oczywiście podpisze.

Ustawa ma charakter ustrojowy i wywołuje gorące spory konstytucyjne. Żonglowanie długością kadencji – przy czym nie chodzi o samorozwiązanie się parlamentu, które przerobiliśmy w 2007 r. – ma w Polsce zarówno przedwojennej, jak też powojennej niemałe tradycje. Już podczas obowiązywania obecnej Konstytucji RP zdarzyło się w 1998 r. ustawowe odłożenie wyborów samorządowych z czerwca na październik, wtedy przez cztery miesiące gminami/miastami kierowały tylko kolegialne zarządy bez rad. Powodem była reforma podziału państwa, utworzenie od 1 stycznia 1999 r. samorządowych powiatów oraz dużych rządowo-samorządowych województw. Wtedy Trybunał Konstytucyjny (TK) – realny, nie fasadowy – wyrokiem z 26 maja 1998 r. nr K 17/98 uznał przesuwanie wyborów za działanie dopuszczalne, jeżeli „jest niezbędne dla realizacji wartości konstytucyjnej uznanej za wyższą wobec zasady kadencyjności, zaś danego skutku nie można osiągnąć przy pomocy innych środków”.

Teraz władcy kraju wyrywają z tamtego obszernego orzeczenia TK tylko argumenty za specustawą. Jej uzasadnieniem ma być kalendarzowa bliskość na jesieni 2023 r. wyborów samorządowych oraz parlamentarnych. Kodeks wyborczy w obu wypadkach przewiduje widełki terminowe, konkretną datę ustala decydent, zarządzając głosowanie w którąś z niedziel. Premier mógłby zarządzić wybory samorządowe w pierwszym możliwym terminie 24 września 2023 r., natomiast prezydent – parlamentarne w najpóźniejszym 5 listopada. Koordynacyjne porozumienie Mateusza Morawieckiego i Andrzeja Dudy byłoby przecież oczywistością. Taki kalendarz dałby odstęp sześciu tygodni, wystarczająco rozdzielający nie tylko organizacyjnie oba głosowania, lecz także obie kampanie. Oczywiście nastąpiłyby pewne zbitki, np. w razie kandydowania polityków na prezydentów dużych miast, a po możliwej porażce – wkrótce potem do Sejmu. Generalnie jednak chęć uniknięcia pewnych proceduralnych uciążliwości nie stanowi „wartości konstytucyjnej uznanej za wyższą wobec zasady kadencyjności”. Prawdziwą przyczyną kalendarzowej zagrywki PiS jest uniknięcie przytoczonego w tytule efektu domina, czyli politycznej kaskady. Bardzo realne niepowodzenie PiS w wyborach do wielu sejmików wojewódzkich, a najbardziej do rad oraz na prezydentów największych miast miałoby fatalny dla władców efekt wizerunkowy przed wypadającymi niedługo potem wyborami do Sejmu i Senatu.

Gdy PiS w 2018 r. przedłużało kadencję władz samorządowych do 5 lat, od razu było wiadomo, że w 2023 r. planowo czeka Polskę skumulowana wyborcza jesień. Według władców miało to jednak nie stanowić żadnego problemu… Fot. Adobe Stock