Rzeczpospolita strajkująca

Jacek Kowalczyk
opublikowano: 09-09-2008, 00:00

Nasilają się konflikty społeczne, głównie w sektorze publicznym. A wszystko przez… dobrą koniunkturę.

Przez rok siedmiokrotnie wzrosła liczba zarejestrowanych strajków

Nasilają się konflikty społeczne, głównie w sektorze publicznym. A wszystko przez… dobrą koniunkturę.

W zastraszającym tempie rośnie liczba wybuchających strajków. W pierwszym półroczu 2005 Główny Urząd Statystyczny (GUS) zarejestrował ich siedem. W tym samym okresie 2008 było ich już 11987. Robi się gorąco. Głównie w oświacie, ale też w służbie zdrowia, górnictwie i na pocztach.

Aż za dobrze

— Strajk w naszym rozumieniu to zbiorowe, przynajmniej jednogodzinne powstrzymanie się pracowników od wykonywania pracy. Jego celem jest rozwiązanie sporu dotyczącego warunków pracy, płac lub świadczeń społecznych — wyjaśnia Wiesław Łagodziński, rzecznik GUS.

W pierwszej połowie 2005 r. w strajkach wzięło udział 1,6 tys. osób. Rok później było ich już 23,3 tys., a dwa lata później ponad 29 tys., ale szczególnie burzliwa była pierwsza połowa tego roku. Strajkowało aż 196,7 tys. pracowników. Każdy z nich przerwał pracę przeciętnie na 7 godzin, dlatego łącznie zakłady pracy straciły ponad 1,36 mln godzin. Tendencja zawarta w danych GUS jest zbieżna z innymi źródłami. Według ministerstwa pracy, miniony rok był rekordowy pod względem zarejestrowanych sporów zbiorowych, a ten prawdopodobnie przyniesie jeszcze większą ich liczbę. Rosnącą skłonność Polaków do strajkowania potwierdzają związkowcy.

— Nie rejestrujemy wszystkich akcji protestacyjnych, ponieważ w Polsce zarejestrowanych jest aż 62 tys. związków zawodowych. Ale w ostatnich kwartałach rzeczywiście liczba strajków wzrosła — mówi Piotr Strębski z Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

Dziwić może fakt, że nastroje społeczne są najgorętsze akurat teraz, kiedy gospodarka rozwija się w szybkim tempie. W 2007 r. PKB wzrósł o 6,6 proc., co było najwyższą dynamiką od 10 lat. Pierwsze dwa kwartały 2008 r. były niewiele gorsze, gospodarka rosła w tempie 6,1 proc. oraz 5,8 proc.

— Rosnąca liczba strajków w okresie dobrej koniunktury to paradoks tylko pozorny. Do 2003 r., kiedy sytuacja gospodarcza była bardzo zła, pracownicy bali się protestować w obawie przed utratą posad. Po bolesnej masowej restrukturyzacji firm, która nastąpiła na początku dekady, pracodawca zyskał dużą przewagę nad pracownikiem. Teraz role się odwracają. Firmy się rozwijają i brakuje im rąk do pracy, więc zależy im na pracowniku. W dodatku — w razie czego — strajkującemu łatwiej niż przed kilkoma laty znaleźć nową pracę — twierdzi Łukasz Tarnawa, dyrektor biura głównego ekonomisty PKO BP.

Publiczne zatrzymanie

Ogromna większość wszystkich strajków, które wybuchły w I półroczu 2008 zdarzyła się w oświacie. To skutek akcji protestacyjnej, którą Związek Nauczycielstwa Polskiego (ZNP) zorganizował 27 maja. Nauczyciele domagali się podwyżek płac i utrzymania przywilejów emerytalnych.

— Około połowy szkół wzięło udział w strajku. Nauczyciele zawiesili w nich pracę na cały dzień. Każda placówka jest oddzielnym zakładem pracy, dlatego formalnie w każdej z nich odbył się oddzielny strajk — mówi Sławomir Broniarz, przewodniczący ZNP.

Ale nastroje zaostrzają się nie tylko w oświacie. Według GUS, w ostatnim półroczu często protestowali też pracownicy służby zdrowia, kierowcy komunikacji miejskiej i podmiejskiej oraz pocztowcy.

— Na początku czerwca strajk zorganizowała pocztowa Solidarność. W akcji wzięło udział 6-7 tys. osób ze 100-tysięcznej załogi. Domagali się wyższych płac. Zarząd zgodził się na "wsteczną" podwyżkę o 137 zł od stycznia tego roku i kolejne 400 zł od sierpnia, choć prawdopodobnie spowoduje to, że firma zamknie rok ze stratą — mówi Zbigniew Baranowski z Poczty Polskiej.

Nie jest przypadkiem, że protesty nasilają się właściwie tylko w sektorze publicznym.

— W wielu firmach prywatnych pracownicy dostali już podwyżki. W firmach i instytucjach publicznych pensje rosły w poprzednich latach wolniej, dlatego ich pracownicy zaczynają domagać się podobnego wzrostu jak w sektorze prywatnym. Takie przesunięcie jest naturalne. Sektor publiczny też chce korzystać z owoców wzrostu — tłumaczy Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.

Cudów nie ma

Robert Gwiazdowski

ekspert Centrum im. A. Smitha

Związkowcy z Solidarności na ostatniej manifestacji w Warszawie skandowali hasło "wszystko ściema, cudów nie ma". Szkoda, że tak późno to zrozumieli. Ich problem polega na tym, że uwierzyli Donaldowi Tuskowi w obiecywane w czasie kampanii wyborczej i powtórzone w expose cuda. Premier zapewniał, że budżetówka dostanie podwyżki, więc ona teraz na nie czeka. I nie ma się co dziwić. W dodatku przez ostatnie półtora roku dużo mówiło się, że koniunktura jest dobra. Ludzie uwierzyli, że pieniądze na podwyżki są, tylko zostały dobrze schowane. Ale przed protestującymi dobry czas — zbliżają się wybory prezydenckie. Rząd w kampanii wyborczej będzie robił wszystko, żeby załagodzić konflikty, a zatem będzie spełniał żądania strajkujących. Lepiej byłoby jednak, gdyby podnosił pensje pracowników, obniżając pozapłacowe koszty płacy (wszelkie podatki i składki związane z zatrudnieniem), niż płacąc im z pieniędzy podatnika.

Jacek

Kowalczyk

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Kowalczyk

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu