RZEMIEŚLNIK HOBBISTA PRODUKUJE ARMATY

Małgorzata Zdunek
opublikowano: 1999-05-24 00:00

RZEMIEŚLNIK HOBBISTA PRODUKUJE ARMATY

Repliki starych dział są poszukiwane przez bractwa kurkowe i kolekcjonerów

Stylowe działa cieszą się coraz większym zainteresowaniem wśród właścicieli willi jako niepospolita ozdoba przydomowego ogrodu. Unikatowe egzemplarze wystąpiły również w scenach batalistycznych filmu „Ogniem i mieczem”. Jednak najczęstszymi odbiorcami armat wiwatówek są bractwa kurkowe.

Czesław Kanafek ze Skoczowa od 25 lat zajmuje się hobbistycznie wykonywaniem armat.

— Zawsze interesowała mnie stara broń prochowa z XIV-XV wieku. Początkowo popyt na historyczne armaty był niewielki, natomiast od czterech lat, od kiedy reaktywowano wiele bractw kurkowych, wzrosło znacznie zapotrzebowanie na ten rodzaj broni historycznej — wyjaśnia Czesław Kanafek.

Rzemieślnicza robota

W warsztacie powstaje około 3 armat rocznie, pojedynczy model pochłania od 3 do 4 miesięcy pracy. Najpierw projektuje się wzór, inspirowany starymi książkami i rycinami. Według niego wykonuje się ręcznie drewniany model odpowiedniej wielkości, wzbogacony rzeźbionymi ornamentami. W kolejnym etapie umieszcza się go w drewnianej skrzyni formierskiej z piaskiem i starannie ubija. Po wyciągnięciu drewnianej formy pozostaje puste miejsce, które zalewa się roztopionym brązem. Lufy, według projektu właściciela, wykonuje prywatna odlewnia z Ustronia.

— Najkorzystniejsze finansowo okazało się kupowanie brązu w punktach skupu złomu. Dzięki temu uzyskuję materiał po 3,50-4 zł za kg. Cena proponowana przez huty jest dwa razy wyższa, a do odlania średniej wielkości armaty potrzeba około 300 kg tego surowca — przekonuje Czesław Kanafek.

Do ozdoby i na wiwat

Największym popytem cieszą się armaty wiwatówki. W ostatnim czasie trzy z nich zostały zakupione przez bractwa kurkowe z Wolsztyna, Kalisza i Rudy Śląskiej. Inne, zwłaszcza mniejsze, ważące niespełna 100 kg, trafiły do odbiorców indywidualnych jako ozdoba ogrodu. Z armaty korzysta również Cieszyńskie Bractwo Kurkowe, do którego należy Czesław Kanafek.

Siedem armat ze Skoczowa zostało również wypożyczonych do filmu „Ogniem i mieczem”. Obsługiwał je sam właściciel wraz z synem, przebrani za kozaków. Armaty „grały” w scenach bitwy pod Żółtymi Wodami i podczas oblężenia Zbaraża.

Obecnej w warsztacie powstaje 300-kilowa armata o wartości prawie 6 tys. złotych, zamówiona przez niemieckie bractwo kurkowe.

— Choć ciągle wzrasta zainteresowanie mniejszymi armatami, nie planuję ich masowej produkcji. To praca nie tylko rzemieślnicza, ale i artystyczna — wszystkie modele mają unikatowe ornamenty. Najbardziej zależy mi na ich niepowtarzalności i starannym wykonaniu — tłumaczy Czesław Kanafek.

NA WIWAT: Wszystkie elementy lawety wykonuje się ręcznie, podobnie jak wzory ornamentów, które zdobią lufę. Najistotniejsze jest jednak to, że produkt finalny nie pozostaje jedynie martwym eksponatem. Kilka razy w roku znajdzie się okazja, żeby strzelić na wiwat — zapewnia Czesław Kanafek. fot. Andrzej Wawok