Czy wystraszony, wygłodzony Saddam Husajn, który jeszcze niedawno buńczucznie zapowiadał „rychłe zwycięstwo nad okupantami” i walkę „do śmierci”, a teraz pokornie, niczym koń na targu w Stoczku Łukowskim, pozwala sobie zaglądać w zęby, może mieć wpływ na koniunkturę światową? Światowy biznes nie zna litości. I wycenia wszystko, każdy sukces, każdą porażkę, nawet śmierć i narodziny. Również schwytanie irackiego dyktatora. Ale jeżeli tak, to wycena sukcesu amerykańskich oddziałów specjalnych, ich wielomiesięcznego trudu, nie była zbyt okazała.
W niczym nie umniejsza to osiągnięcia Amerykanów i ich sprzymierzeńców. Tym bardziej że schwytanie Saddama z jednej strony może być „początkiem końca” intensywnego ruchu oporu (choć tu nie oczekiwałbym cudów), a z drugiej — początkiem odwrócenia sytuacji amerykańskiego dolara. Oznacza to bowiem umocnienie pozycji George’a Busha, zarówno na arenie międzynarodowej, jak i u siebie w kraju. Może to mieć również skutki gospodarcze, ekonomiczne, dla koniunktury.
Już od wielu miesięcy specjaliści podkreślają nieuzasadnioną ekonomicznie słabość waluty amerykańskiej, szczególnie wobec waluty pogrążonej w stagnacji starej Europy. A tak się składa, że słaby dolar to kiepska koniunktura na światowych giełdach. Gdyby więc, a wiele na to wskazuje, blaknął cień, jaki na walutę amerykańską rzucały wydarzenia z 11 września 2001 roku, konflikt iracki i Saddam Husajn (pozostaje jeszcze Osama bin Laden) możemy mieć do czynienia z naturalnym i uzasadnionym procesem umacniania się dolara amerykańskiego. Skutki tego zjawiska bardzo szybko odczują parkiety całego świata kreując dodatkowy kapitał inwestycyjny i poprawiając klimat do inwestowania. W taki to sposób może zostać zakręcone koło światowej koniunktury gospodarczej. Oby.