SAPARD: to było do przewidzenia

Mira Wszelaka
opublikowano: 2002-08-13 00:00

Nikt w Polsce nie oczekiwał, że zainteresowanie programem SAPARD będzie oszałamiające. Nikt też jednak nie sądził, że będzie aż tak mizerne. O ile jeszcze można wytłumaczyć wstrzemięźliwe podejście rolników, dla których wykazanie dochodów, wypełnienie wniosku i ułożenie biznes planu to jak napisanie powieści science fiction, o tyle trudno zrozumieć pasywność krajowych przedsiębiorców. Do wygrania jest przecież 170 mln EUR (680 mln zł) rocznie.

Po euforii związanej z uruchomieniem programu trzeba jednak zejść na ziemię. Tylko jeden wniosek złożony do tej pory przez biznes to kubeł zimnej wody na rozentuzjazmowane głowy urzędników. A przecież to pieniądze z SAPARD-u miały pomóc w modernizacji i przetrwaniu na unijnym rynku setkom krajowych przedsiębiorstw z branży rolno–spożywczej.

Tymczasem swoją rezerwę przedsiębiorcy tłumaczą zbyt skomplikowanymi procedurami i setkami załączników, które stanowią barierę nie do przebycia. Przedstawiciele Zakładów Mięsnych Dobrowolscy, którzy jako jedyni złożyli wniosek, nie ukrywają, że skompletowanie wszystkich dokumentów było niemal na miarę złotego medalu w mistrzostwach świata.

W tym jednym przypadku udało się, bo przedsiębiorstwo cały czas planuje inwestycje i na bieżąco uzyskuje większość zezwoleń. Udało się, bo przygotowania do SAPARD-u trwały niemal trzy lata. Udało się, bo firma poruszyła niebo i ziemię, by pokonać oporną maszynę biurokracji i urzędniczej indolencji. Udało się, ale nie wiadomo, czy do końca, bo procedura weryfikacji jeszcze przed nią.

Wymowne jest też przesłanie lidera dla reszty przedsiębiorców „aby spełnić kryteria SAPARD-u trzeba być kryształowym, a biznes w dzisiejszych czasach jest trudną dziedziną”. Pytamy więc, ile jest jeszcze w tym kraju firm, które w najbliższym czasie spełnią tak wyśrubowane kryteria? Niestety, zapewne niewiele.