Obecne posiedzenie przejdzie do historii, ponieważ stan izby stopniał do… 434 posłów. Ogłoszenie przez Państwową Komisję Wyborczą składu ekipy wyjeżdżającej do Brukseli/Strasburga automatycznie zwolniło aż 26 foteli poselskich (z wliczonym przypadkiem Macieja Wąsika), które zostaną obsadzone przez kolejnych kandydatów z list dopiero na następnym posiedzeniu.
Na razie za wcześnie na konkrety wynikające z wyników głosowania 9 czerwca. Marszałek Szymon Hołownia w ogóle nie podejmuje tematu, że jego ugrupowanie Polska 2050 w niedzielę zdobyło… jeden mandat z naszych 53. Niepowodzenie zrzuca na różnice frekwencyjne w różnych wyborach – chociaż trudno doszukać się w jego rozumowaniu logiki. Formalnie oczywiście ma rację, że parlament krajowy został ukształtowany 15 października 2023 r. na czteroletnią kadencję. Analizując porządek obrad Sejmu nadal trudno jednak uniknąć wrażenia, że po pół roku twórczość legislacyjna wciąż jest niemrawa. Zwłaszcza w obszarze gospodarki naprawdę ważnych ustaw prawie nie ma. Notabene wciąż otwarte jest pytanie, jak będzie przebiegała rozgrywka podpisowa z prezydentem. Relacja arytmetyczna w Sejmie przesądza, że Andrzej Duda jest wobec ustaw panem – weto oznacza koniec, albowiem konsorcjum 15 października ma za mało szabel na przełamanie odmowy podpisu i powtórne uchwalenie. Balonem próbnym, przekłutym przez prezydenta, była ustawa o języku śląskim. Znacznie grubszym jest zmiana ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa, traktowanej przez obecny rząd z najwyższym priorytetem. Utknęła ona w Sejmie po poprawkach Senatu, albowiem konsorcjum zupełnie nie wie co z nią zrobić i w jakiej wersji posłać do Andrzeja Dudy, oczekując potem na jego łaskę/niełaskę.
Kolejnym polem starcia kroi się specustawa o sprawowaniu przez Polskę przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej w pierwszym półroczu 2025. To specyficzny akt prawny, takiego nie było podczas pierwszej naszej prezydencji unijnej w drugim półroczu 2011. Ustawa koncentruje się na zadaniach administracji publicznej oraz funkcjonowaniu służb i podmiotów zaangażowanych w zapewnienie bezpieczeństwa i porządku publicznego w czasie wspomnianego przewodnictwa. Jest trochę wzorowana na rozwiązaniach przyjmowanych przez PiS w 2016 r. dla zapewnienia sprawnej organizacji Światowych Dni Młodzieży oraz szczytu Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego. Przewiduje na przykład epizodyczne odejście od przepisów o zamówieniach publicznych, co krytykowała i krytykuje opozycja – tyle że po ośmiu latach obie strony sceny politycznej zamieniły się miejscami. Ciekawe, jak na końcu ścieżki legislacyjnej zachowa się Andrzej Duda.
Pierwsze czytanie przeszedł jeszcze inny bardzo gruby projekt, tym razem autorstwa prezydenta. To ustawa o znaczeniu naprawdę gigantycznym i strategicznym – o działaniach organów władzy państwowej na wypadek zewnętrznego zagrożenia bezpieczeństwa państwa. Pewna jej absurdalność polega na tym, że przecież była przygotowywana przez prezydenckie Biuro Bezpieczeństwa Narodowego bardzo długo jeszcze w epoce rządów PiS i została wniesiona do Sejmu rzutem na taśmę 16 sierpnia 2023 r., ale razem z końcem kadencji przepadła i wniesiona została 2 maja 2024 r. od nowa. Paradoks decyzyjny polega na tym, że projekt w kilku wątkach praktycznie rozsypuje i na nowo układa najwyższe struktury dowodzenia armią i kierowania państwem, ustalone w 2022 r. również ogromną ustawą o obronie ojczyzny. Tamta była w propagandzie PiS wręcz kanonizowana, albowiem jej ojcem był przecież najwyższy władca Jarosław Kaczyński. Wtedy także Andrzej Duda ją wychwalał, w bardzo krótkim czasie krzyknął jednak „pomylone garnki”. Pytanie retoryczne – czemu tamtą złą w wielu punktach ustawę od ręki podpisał?
