Sejmiki okazały się ciałem obcym

opublikowano: 21-11-2014, 00:00

WYBORY SAMORZĄDOWE Reżyserowany przez Państwową Komisję Wyborczą (PKW) serial obliczeniowy przypomina sztukę „Czekając na Godota”.

Opary absurdu są podobne, chociaż istnieje zasadnicza różnica — tytułowy bohater Samuela Becketta do końca pozostaje niedookreślony, a w przypadku wyników wyborów czekamy jednak na konkret, czyli zbiorcze obwieszczenie PKW. Pozostańmy przy nadziei, że już do weekendu wpłynie ostatni kompletny protokół wojewódzki.

Bloomberg

Technologiczna kompromitacja aparatu państwa wywołuje zrozumiały szok społeczny. Tym razem przedmiot jest zupełnie inny, ale podobne poczucie wstydu i zarazem bezsilności przeżywaliśmy dwa lata temu, gdy woda lała się z nieba na Stadion Narodowy, a słynny dach za 300 mln zł pozostawał nierozwinięty. W ocenie wyborczego skandalu obliczeniowego wszyscy są zgodni, ale żądania… unieważnienia całych wyborów wpadają w „odmęty szaleństwa”. Nie mają podstaw merytorycznych, nie są możliwe prawnie, a co najważniejsze — czemu za kompleksy partyjnych wodzów mają płacić nowi radni oraz wójtowie/burmistrzowie, wybrani jak najbardziej prawidłowo i uczciwie. Przecież podpisane i ostemplowane protokoły komisji obwodowych wiszą na drzwiach czy oknach lokali wyborczych (zwykle są to szkoły), a problem polega jedynie na ich sumowaniu przez komisje wyższych szczebli.

Klasa polityczna nagle odkryła zło broszurek wyborczych formatu A4, które wyparły wielkie płachty.

Przypomnę, że kodeks wyborczy ustalenie wzorów kart do głosowania powierzył PKW. Inny przepis kodeksowy nakazuje wprowadzenie specjalnych nakładek dla wyborców niewidomych lub niedowidzących, co wykonalne jest tylko w formacie A4. Broszurki od lat występują w wyborach do Sejmu oraz do Parlamentu Europejskiego (PE) i nikt nigdy nie podnosił problemu nadzwyczajnej premii dla partii, która wylosowała najniższy numer i jej lista w danym okręgu fartownie znalazła się na pierwszej stronie.

Siedząc w niedzielę za stolikiem obwodowej komisji wyborczej, jak zwykle prowadziłem obserwacje socjologiczne. I stwierdzam, że akurat w tych wyborach trafienie na pierwszą stronę broszurki faktycznie mogło daną listę preferować, ale symbolicznie, w granicach 1-2 proc. głosów. W wyborach do Sejmu głosujący poświęcają broszurkom 95 proc. uwagi (pozostałe 5 proc. skupiają kartki do Senatu), a w wyborach do PE 100 proc. — są one uważnie przeglądane, trwa poszukiwanie właściwej listy, liczba głosów nieważnych nie szokuje, a tzw. efekt pierwszej strony nie istnieje. Tymczasem 16 listopada wyborców interesowały tylko kartka (lub broszurka) biała z kandydatami do rady oraz różowa na wójta/burmistrza. Powiatowa żółta była, powiedzmy, tolerowana, natomiast niebieską sejmikową postrzegano jako ciało obce. Część głosujących protestacyjnie wrzuciło je czyste, inni bezmyślnie zakrzyżykowali wszystkie listy (zwykle popierając pierwszego kandydata na każdej), a niektórzy na odczepnego stawiali krzyżyk w którejś kratce na pierwszej stronie… bez czytania! Było to społeczne wotum nieufności dla sztucznego samorządowego organu, którego nikt nie zna, a mało kto rozumie w ogóle sens jego istnienia.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane