Zadaniem funduszu typu short jest uzyskiwać wynik odwrotny do instrumentu bazowego. Na polskim rynku dostępne są trzy tego rodzaju rozwiązania, których celem jest odzwierciedlanie odwrotności indeksu WIG20. Gdy indeks ten traci, to fundusz powinien zarabiać — i na odwrót. Strategia ta wydaje się więc być prosta, ale w praktyce do osiągnięcia zysków trzeba także silnego trendu, dobrego wyczucia zmian tendencji i zaangażowania zarządzającego.

Łapanie trendu
Od początku roku WIG20 stracił ponad 2 proc. W tym czasie Altus Short zyskał 2,7 proc., a Quercus short i Ipopema Short Equity… straciły odpowiednio 0,2 i 0,3 proc. W dłuższym terminie rozstrzał jest jeszcze większy — różnica pomiędzy najlepszym a najgorszym funduszem short wynosi prawie 15 pkt proc.
— Fundusze short powinny w teorii osiągać wynik odwrotny do indeksu WIG20. Jeśli jednak zarządzający ogranicza się wyłącznie do gry na krótko na kontraktach terminowych, a zmiana indeksu bazowego jest niewielka, to w praktyce ciężko zarobić na opłatę za zarządzanie. My oprócz tego, że na krótko kupujemy kontrakty, to wolną gotówkę inwestujemy także na rynku długu, aktywnie grając alokacją. Dzięki temu jesteśmy w stanie zarobić co najmniej na opłatę za zarządzanie, a gdy rynek sprzyja, to również znacznie przewyższyć benchmark — tłumaczy Krzysztof Mazurek, dyrektor sprzedaży w Altus TFI.
Opłaty za zarządzanie w funduszach short wynoszą nieco ponad 3 proc. To cena, jaką klient TFI musi zapłacić bez względu na to, czy zarabia, czy traci. Zdaniem Arkadiusza Bebela, analityka z Quercus TFI, dużo łatwiej na to wynagrodzenie zarobić, gdy na giełdzie panuje wyraźny trend spadkowy.
— Inwestycja w fundusze short przynosi wymierne korzyści, gdy na rynku jest silny trend. Wówczas koszty operacyjne tracą na znaczeniu. Gdy, tak jak obecnie, mamy do czynienia z trendem bocznym, a WIG20 traci przez rok 2 proc., to ciężko zarabiać na spadkach — tłumaczy Arkadiusz Bebel.
Short tylko na długo
Kaprysy warszawskiej giełdy w tym roku mogą skłaniać niejednego inwestora do zakupu funduszu short — tym bardziej w obliczu konfliktu na Ukrainie. Zdaniem ekspertów, jego eskalacja może prowadzić do dalszej przeceny na GPW, a więc teoretycznie stwarzać idealne środowisko dla tego typu strategii. Krzysztof Mazurek studzi jednak optymizm.
— Fundusz nie jest najlepszym narzędziem do spekulacji. Jeśli ktoś chce obstawiać spadki i na nich zarabiać, to powinien grać na kontraktach samemu — wówczas na pewno będzie taniej. Fundusze short są natomiast idealne do zabezpieczania długich pozycji w funduszach akcyjnych w czasie dłuższej dekoniunktury na rynku — pozwalają zneutralizować ewentualne straty. Klient nie musi sprzedawać jednostek uczestnictwa, unika więc przy okazji płacenia podatku od zysków kapitałowych — uważa Krzysztof Mazurek.
Arkadiusz Bebel z Quercusa tłumaczy natomiast, że fundusze short są polecane tym, którzy planują inwestować średnioterminowo, czyli przez co najmniej 3 lata. A jeśli ktoś chce traktować tę strategię krótkoterminowo, czyli bardziej spekulacyjnie, to musi pamiętać, że wymaga to sporej aktywności inwestora.
— Warto wówczas pamiętać, że jest to dosyć ryzykowne, bo nie jest łatwo przewidzieć odpowiedni moment wejścia — uważa Arkadiusz Bebel. Dowodem jest ogromna zmienność stóp zwrotu funduszy short. Ten ze stajni Quercusa w lutym tego roku stracił 6,9 proc., a w marcu i kwietniu zyskał 2,1 i 0,5 proc. WIG20 zwyżkował w lutym o 6,9 proc., a w kolejnych dwóch miesiącach stracił 2,2 i 0,9 proc. Aby zostać posiadaczem jednostek Quercusa short i Ipopemy short, trzeba dysponować kwotą co najmniej 200 tys. zł. W Altusie próg wejścia wynosi 1 tys. zł.
Opłaty za zarządzanie w funduszach short wynoszą nieco ponad 3 proc. To cena, jaką klient TFI musi zapłacić bez względu na to, czy zarabia, czy traci.