Ponad połowa programów
komputerowych w Polsce
to kopie pirackie. Ale z roku
na rok jest coraz lepiej.
Wartość nielegalnych kopii oprogramowania używanych w Polsce wyniosła w 2009 r. 506 mln USD — wynika z badania przeprowadzonego przez IDC na zlecenie organizacji Business Software Alliance (BSA) skupiającej producentów programów. To o 142 mln USD mniej niż w roku 2008, ale BSA twierdzi, że wcale dobrze nie jest.
— Ze względu na wahania kursów walut i zmianę samej metodologii obliczani kursu średniego dla danego roku, te dane są nieporównywalne. Zresztą lepszym wskaźnikiem piractwa jest odsetek nielegalnych kopii, bo pokazuje skalę zjawiska — podkreśla Maciej Witucki, koordynator BSA w Polsce.
Nielegalne było 54 proc. kopii programów komputerowych używanych w Polsce w 2009 r. To o 2 pkt proc. mniej niż rok wcześniej, ale i tak w UE stawiało nas to na piątym miejscu od końca.
Zdaniem producentów oprogramowania, ciągle istnieje sprzedaż komputerów z nielegalnym softwarem jako "bonusem" dla kupującego. Zaciera się tez granica między piractwem praktykowanym w firmach i przez użytkowników domowych.
— Firmy postprodukcji graficznej i audiowizualnej bardzo często korzystają z usług tzw. wolnych strzelców. Celowo używam określenia "tak zwanych", bo chodzi tylko o to, by pracowali w domu korzystając z aplikacji, za które nikt nie zapłacił. Ich prace są przed oddaniem zleceniodawcom wgrywane na nieliczne legalne kopie i legalizowane — opowiada Jarosław Kierczuk z Autodesku.
— W przypadku studiów projektowych czy innych firm żyjących z praw autorskich, to czysta hipokryzja: sprzedają owoce pracy swoich inżynierów, a kradną efekty pracy naszych — zaznacza Bartosz Malinowski z Adobe.
O tym, że nie są to oskarżenia bezpodstawne, świadczy ugoda, jaką BSA zawarło ze studiem RMG produkującym serial "Włatcy móch". Za używanie nielegalnych programów musiało ono zapłacić 80 tys. USD odszkodowania. Ponadto zobowiązało się do kupna licencji programów za kwotę 310 tys. zł.