Trzykrotne użycie trybu niedowierzającego jest jak najbardziej zasadne, ponieważ podjęta przez odchodzącego premiera próba nawiązania jakiegokolwiek kontaktu z klubami sejmowego większościowego konsorcjum „ośmiu gwiazdek” okazała się całkowitą klapą. Szanse na uzyskanie przez Mateusza Morawieckiego wotum zaufania nieustająco utrzymują się na poziomie, którego określenie od kilku dni zapożyczam od zespołu Lady Pank – mniej niż zero. Na bezpośrednią rozmowę zdecydowała się jedynie Konfederacja, która do konsorcjum rządzącego Sejmem nie należy, ale jej liderzy postanowili wykorzystać okazję do zakomunikowania Mateuszowi Morawieckiemu, że jego czas naprawdę nieodwołalnie się skończył.
Przegrany dotychczasowy premier jest inteligentny i doskonale o tym wie, ale niestety będzie brnął do końca. Jego drużyna zwana na wyrost – chociaż w pełni konstytucyjnie – rządem przetrwa tylko dwa tygodnie, od 27 listopada do 11 grudnia. Marszałek Szymon Hołownia w przyszłym tygodniu spotka się z Mateuszem Morawieckim i będzie go namawiał, aby jakże szkodliwe dla państwa odwlekanie nieuchronności zostało skrócone. Marne na to szanse, albowiem o terminie wygłoszenia exposé i głosowania nad wotum zaufania decyduje wyłącznie premier, po prostu oznajmiając marszałkowi, kiedy będzie gotowy – a będzie nie wcześniej niż 11 grudnia.
Mimo wszystko dość interesująco zapowiada się skład przejściowego rządu skleconego przez desygnowanego premiera. Nawet uwzględniając zaledwie dwutygodniowe jego istnienie – tytuł ministra w życiorysie brzmi jednak dumnie, za ileś lat mało kto będzie pamiętał o długości, czy raczej krótkości sprawowania urzędu. Zgodnie z doktryną PiS raczej nie należy spodziewać się zmian w obsadzie resortów siłowych, czyli MON, MSWiA oraz nadzoru nad specsłużbami – te teki mogą trzymać wyłącznie „zaufane Mariusze”, czyli Błaszczak i Kamiński. Wszystkie pozostałe ministerstwa, łącznie z MSZ, wydają się kadrowo otwarte.
Niezależnie od rozgrywki rządowej większościowe konsorcjum w przyszłym tygodniu rozpoczyna demontaż budowli PiS. Na pierwszy ogień idzie czerezwyczajna (nadzwyczajna, rusycyzm jest tu bardzo zasadny) komisja do spraw napiętnowania premiera Donalda Tuska i generalnie dotychczasowej opozycji. Taki był prawdziwy sens jej utworzenia, skryty pod nazwą „badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007-2022”. Oczywisty stał się podział konkluzji komisji na dwa etapy – Polska w ruinie i uzależnieniu od Rosji w czarnych latach 2007-15 oraz świetlany rozwój 2015-22. Dziewięcioosobowa czerezwyczajka to organ śledczy, prokuratura oraz sąd w jednym. Ma uprawnienia znacznie większe od komisji śledczej Sejmu. Po długich bojach oraz nowelizacji – zaproponowanej przez Andrzeja Dudę – skreślono z jej uprawnień kilka najgrubszych skandali. Nie może już kapturowym wyrokiem – ukrytym pod nazwą decyzji administracyjnej – np. cofnąć poświadczenie bezpieczeństwa czy orzec 10-letni zakaz dysponowania pieniędzmi publicznymi. Jej realne wyrokowanie sprowadzone zostało do skazywania na infamię polityczną i wizerunkową. Ma tropić działania „prowadzone metodami zarówno prawnie dozwolonymi, jak i bezprawnymi” – czyli z definicji chodzi o potępienie jednej ekipy przez inną za podejmowanie zgodnych z prawem (!) decyzji. Ustawa o likwidacji komisji nie przejdzie, bo przecież Andrzej Duda ją zawetuje – natomiast cały dziewięcioosobowy skład czerezwyczajki zostanie 28 listopada wyrzucony przez Sejm jednym głosowaniem. Nowy prawdopodobnie nie zostanie wybrany nigdy.

