Skuteczność G20 to polityczna iluzja

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2022-11-17 20:00

Trafienie rakiety – akurat nie rosyjskiej, lecz zabłąkanej ukraińskiej – w skrawek Polski, czyli również NATO i Unii Europejskiej, naturalnie zelektryzowało szczyt G20 w Indonezji.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Pilne zebranie podgrupy obecnych na Bali prezydentów/premierów z G7 i NATO zmieniło program, ale nie wpłynęło ani na końcową deklarację, ani na ogólny wizerunek pękniętego szczytu. Głębokim rowem między szeroko pojmowanym Zachodem a innymi kontynentami okazała się ocena przyczyn i skutków napadu Rosji na Ukrainę.

Ze względu na skład G20, wypada jeszcze wrócić do zbiórki potentatów 15-16 listopada. Jej wzniosłe hasło „Wspólne ożywienie – razem silniejsi” było równie górnolotne co puste, podobnie jak obejmująca aż 52 punkty końcowa deklaracja. Dokument sensownie definiuje najróżniejsze zagrożenia i bolączki współczesnego świata – żywnościowe, energetyczne, klimatyczne, finansowe etc. – chociaż niczego nie odkrywa. Ciemną jego stroną jest natomiast wyczyszczenie pełnych frasunku zapisów, że trzeba coś zrobić, z decyzyjnych konkretów, a przede wszystkim z choćby symbolicznych zobowiązań do ponoszenia jakichkolwiek kosztów.

Reprezentatywnym przykładem jest punkt 13, zaadresowany przez G20 do szczytu COP27 trwającego w Szarm el-Szejk. „Odnotowując oceny, że zmiany klimatu będą znacznie mniejsze przy wzroście ziemskiej temperatury o 1,5°C w porównaniu ze wzrostem o 2°C – postanawiamy kontynuować wysiłki na rzecz ograniczenia wzrostu do 1,5°C. Będzie to wymagało znaczących i skutecznych działań i zaangażowania wszystkich krajów, biorąc pod uwagę ich różne podejścia, poprzez opracowanie jasnych krajowych ścieżek, które połączą długoterminowe ambicje z celami krótko- i średnioterminowymi oraz z międzynarodową współpracą”. Po zadeklarowaniu takiego pogmatwanego chciejstwa władcy np. Chin i Indii, owładnięci obłąkańczym wyścigiem o ludnościowy prymat ich państwa na poziomie 1,4 mld mieszkańców, prosto z Bali powrócili do forsowania niepohamowanej eksploatacji zasobów lądowych i wodnych oraz trucia atmosfery. Jedyna pociecha, że przynajmniej prezydent Brazylii nie wrócił do dalszej rabunkowej wycinki Amazonii – Jair Bolsonaro przegrał wybory i na G20 już nie przyjechał, natomiast niezaprzysiężony jeszcze Luiz Lula da Silva obiecał zatrzymanie ekologicznego szaleństwa.

Samozwańczo zawiązana przez potentatów G20 jest bardzo silnym magnesem politycznym. Stwarza iluzje współrządzenia ludzkością, zatem liczba chętnych do akcesji jest co najmniej równa liczbie członków. Różne ambicje może zaspokoiłaby formuła G40, ale i to nie jest pewne. Przypomnę kontynentalny rozkład G20, stanowiący jej fundament: Europa – Wielka Brytania, Rosja, Turcja, UE, Niemcy, Francja, Włochy; Ameryka Północna – USA, Kanada, Meksyk; Ameryka Południowa – Brazylia, Argentyna; Azja – Chiny, Indie, Japonia, Indonezja, Korea Południowa; Afryka – RPA; Australia. Na Bali różnych podmiotów było znacznie więcej, chodzi nie tylko o ONZ, OECD, MFW czy Bank Światowy. Uczestniczył także zastęp prezydentów/premierów państw, które rotacyjnie przewodniczą organizacjom regionalnym: Senegalu, Rwandy, Kambodży, Fidżi, Surinamu, Singapuru. Gościem zdalnym była Ukraina. Najciekawsze jest jednak stałe zapraszanie przez G20 kilku szefów rządów/państw bez żadnego tytułu – to unijne Hiszpania i Holandia oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie. Pytanie czysto retoryczne – w takich globalnych okolicznościach i zakulisowych układach w G20 jakież szanse realizacyjne mają odkurzone niedawno przez Andrzeja Dudę mrzonki o samodzielnym, bez pośrednictwa instytucji UE, członkostwie Polski…

Prezydent Joseph Biden (USA), premier Narendra Modi (Indie), prezydent Joko Widodo (Indonezja) i przewodnicząca Ursula von der Leyen (Komisja Europejska) porywają się z motykami nie tyle na słońce, ile do propagandowego zasadzenia pamiątkowych drzewek szczytu G20.
POOL / Reuters / Forum