Słaby koniec roku na giełdzie odzwierciedla stan gospodarki

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2001-12-24 00:00

To jednak nie sesje giełdowe były jednak w centrum uwagi inwestorów. Najważniejszy był konflikt RPP – rząd, wzmacniający się złoty i kryzys argentyński.

Z Ameryki

To był kolejny, piąty już tydzień trendu bocznego na rynkach w USA. W tym tygodniu odbył się klasyczny mini-rajd św. Mikołaja, a zapowiedzią, że ten okres będzie dobry było zachowanie rynku w środę. Wzrost szeregu spółek mimo ostrzeżeń był sygnałem, że rynek ma zamiar lekceważyć złe informacje. Co prawda trochę pomogły dane o wskaźniku LEI, który zazwyczaj ma niewielkie znaczenie (na skali A do F ma ocenę ważności D minus), ale w chwilach przełomowych pomaga trendowi.

Rynek miał szczęście do danych. Dużo wyższa od oczekiwanej była liczba rozpoczętych budów domów. Swoją drogą niezwykle ciepła pogoda niewątpliwie miała w tym duży udział, ale na tym etapie rynek wszystko tłumaczył na korzyść byków. Spadek tempa ubytku miejsc pracy i lepszy od oczekiwanego indeks sentymentu Uniwersytetu Michigan też pomogły bykom. Dane złe zostały po prostu zlekceważone. Większy od oczekiwań spadek PKB w trzecim kwartale nie wywołał żadnej reakcji. Rynek po prostu spisał ten kwartał na straty. Bilans handlowy też nie był najlepszy. Nadal nie widać śladu ożywienia w popycie wewnętrznym, a eksport jest słaby z powodu recesji na świecie.

Dopiero w czwartek rynek nie wytrzymał naporu złych informacji ze spółek. Ostrzeżenie Juniper Networks było kroplą, która przelała czarę. W inwestorach został rozbudzony strach, że jeśli taka firma będzie miała gorsze wyniki to znaczy, że popyt na podzespoły dla telekomunikacji nie jest wcale tak duży jak oczekiwano. A przecież właśnie na tym optymizmie budowany był cały wzrost indeksów. Po prostu inwestorzy zaczęli się bać o wyniki spółek i o to, że kursy są już daleko odległe od usprawiedliwionych fundamentami wartości. Jednak piątek dzięki dobrym informacjom z kilku spółek pozwolił zakończyć tydzień miłym akcentem.

W przyszłym tygodniu jedynie we czwartek i w piątek inwestorzy dostaną dane makro. Czwartek to zwyczajowe dane o nowo zarejestrowanych bezrobotnych. Piątek jest zdecydowanie bardziej ważny i zadecyduje o tym jak zakończy się rok. Dane w tym dniu są niezwykle istotne. Zamówienia na dobra trwałego użytku, indeks aktywności gospodarczej w rejonie Chicago, indeks zaufania konsumentów, sprzedaż nowych i istniejących domów to ładunek danych, które mogą zarówno spowodować duże wzrosty, jak i równie wielkie spadki (szczególnie, że oczekiwania są dosyć optymistyczne).

Na DJIA ciągle aktualny jest wykres omawiany przeze mnie tydzień temu. Widać, że koniec wzrostu jest blisko, ale nie wiadomo czy będzie jeszcze jedna falka wzrostowa czy już jest po wzrostach. Przełamanie poziomu 10130 pkt, a jeszcze lepiej 10180 pkt. otwiera drogę do jeszcze jednego wzrostu do 10 600 pkt. Przełamanie 9800, potwierdzone pokonaniem 9700 pkt. ostatecznie potwierdzi formację RGR i rozpocznie spadki. Na S&P 500 obraz jest też klarowny. Wsparcie jest na 1120 (jednocześnie to średnia 50-sesyjna) – dla mnie to byłby sygnał do sprzedaży akcji. Potem jeszcze następne na 1105 i dopiero na 1050. Opór to 1170 (zarazem średnia 200. sesyjna) – przełamanie poskutkuje wzrostem do 1220 – 1240 pkt. NASDAQ też w bardzo prostym układzie: pokonanie 2100 pkt. otwiera drogę do 2300. Przełamanie 1835 pkt. otwiera drogę do 1625 pkt. W tej chwili na rynku panuje trend boczny.

Coraz większa liczba inwestorów oczekuje ożywienia w I lub II kwartale i dopiero jakieś rozczarowanie, które spowoduje przesunięcie tych oczekiwań w czasie, może wywołać głębsze spadki. Spółki są głęboko przewartościowane i mimo pewnych oznak nadchodzącego ożywienia, będą jeszcze długo za drogie. Poza tym, jeśli nawet poważne ożywienie nastąpi, to prawdopodobnie dopiero w II połowie roku. Uważam, że indeksy amerykańskie będą w styczniu dużo niżej niż obecnie. Świąteczny tydzień będzie jednak nieco nietypowy. Obroty będą mniejsze, a danych makro niewiele. Jeśli nic się nie stanie na froncie walki z terroryzmem to powinien panować względny spokój. Jedno, co trochę niepokoi to fakt, że od pięciu tygodni po tygodniu wzrostowym przychodzi tydzień spadkowy. Coś istotnego musiałoby się jednak wydarzyć, by tak właśnie było.

Z Polski

Dzięki sesji wtorkowej indeksy mogły zanotować wzrost na koniec tygodnia. Była to sesja podciągająca kursy, a to co po niej nastąpiło sprawiało przykre wrażenie dystrybucji. Jednak nie sesje giełdowe były w centrum uwagi inwestorów. Najważniejszy był konflikt RPP – rząd, wzmacniający się złoty i kryzys argentyński.

RPP oczywiście stóp nie obniżyła z powodów czysto psychologiczno – politycznych, a nie ekonomicznych. Dane o dynamice produkcji i PPI były bardzo złe. Spadek produkcji i inflacji oznacza, że popyt wewnętrzny zamiera, a przy silnym złotym zwiększenie popytu wewnętrznego jest niezbędne, jeśli mamy mówić o ożywieniu gospodarki. Bezrobocie przekroczyło 3 mln i będzie nadal rosło. Gospodarka idzie ku recesji.

To, co się dzieje ze złotym jest fatalne dla gospodarki. Potrzebna i to coraz bardziej jest interwencja banku. Inaczej będą kłopoty zarówno z eksportem jak i budżetem w 2002 roku, a przez to z całym ożywieniem. Niestety widać, że nasz liberalny bank, wspierany zresztą przez wielu analityków, będzie po prostu przyglądał się sytuacji. Nie chcę ręcznego sterowania kursem złotego. Chcę jedynie wyartykułowania jakiejś polityki w tej dziedzinie. Wszystkie centralne banki świata od czasu do czasu interweniują na rynku w celu osłabienia/wzmocnienia waluty. Ciekawe są wypowiedzi szefów NBP i członów RPP na temat złotego. Wiceprezes NBP A. Bratkowski: „... wzmocnienie złotego jest krótkookresową reakcją na dobre dane inflacyjne.” Członek RPP J.Krzyżewski: „Nie ma fundamentalnych przyczyn do osłabienia złotego”. Prezes NBP L. Balcerowicz: „Wzmocnienie się złotówki w ostatnich dwóch dniach ma swoje przyczyny najprawdopodobniej w płytkim rynku dewizowym...”. Gołym okiem widać, że RPP i NBP nawet nie rozmawiają na temat złotówki i każdy z nich ma inny pogląd.

Obraz techniczny jest dwuznaczny. Dołek na 3,93/USD obronił się. To jest bardzo silne wsparcie. Teraz pozostają dwie drogi: albo przełamanie 3,93 i umocnienie się nawet do 3,66, gdzie korekta zostałaby zakończona. Druga możliwość to obronienie poziomu wsparcia, zakończenie dużej korekty ABC, ukształtowanie podwójnego dna i mocne osłabienie, które, gdyby został przekroczony poziom 4,43, mogłoby zaprowadzić walutę nawet do 5 zł. Obronienie pozycji przez RPP dałoby realizację pierwszego scenariusza. Poszerzenie Rady powinno doprowadzić do realizacji podwójnego dna. Po prostu inwestorzy zagraniczni zaczęliby się bać gwałtownych obniżek stóp. Większość zagranicznych inwestycji ulokowanych w obligacjach nakierowana jest na zysk wynikający z najwyższego na świecie oprocentowania.

W tym tygodniu próbowano porównywać sytuację w bankrutującej Argentynie do tego, co dzieje się w Polsce. Oczywiście, w perspektywie paru lat, nie grozi nam sytuacja, kiedy Marek Belka i prezydent Aleksander Kwaśniewski uciekają z kraju. Ja uważam jednak, że wiele nas nie różni. W Argentynie bezrobocie wynosi 18,3 proc. U nas 16,8 proc. i będzie rosło. Zadłużenie Argentyny to 132 mld USD. Polska całego zadłużenia ma 70 mld., ale jeszcze kilka lat po 10 mld rocznie i już będziemy blisko. Następna, często przytaczana różnica, to sztywny kurs peso nie odzwierciedlający sytuacji w gospodarce. U nas złoty podlega normalnym wahaniom rynkowym, ale czy odzwierciedla to, co dzieje się w gospodarce? Jest znacznie przewartościowany – nie tak jak peso, ale jeśli nadal będzie się wzmacniał, a gospodarka słabła... Owszem, nie można całej winy za sytuację gospodarczą przypisywać RPP. Winni są również politycy, którzy doprowadzili do takiej, a nie innej sytuacji budżetu oraz to, że na świecie panuje recesja. Jednak za nadwartościowość złotego odpowiada wyłącznie RPP utrzymująca absurdalnie wysokie stopy procentowe.

Konflikt między RPP, a rządem nasila się. Ton wypowiedzi RPP jest taki, jakby koalicja szykowała przynajmniej zamach stanu, a Polsce groziła katastrofa. Słychać już głosy grożące niezadowoleniem Brukseli, opóźnieniem przyjęcia Polski do UE itd. Taka sytuacja jest bardzo niedobra dla Polski. Złożony przez PSL i UP projekt ustawy mówi o powiększeniu składu Rady i dopisania odpowiedzialności nie tylko za wartość pieniądza, ale i za wzrost gospodarczy i bezrobocie. Już widać, że ten projekt nie ma szans (przeciwni są : M. Belka, M. Borowski i A. Kwaśniewski). Mogę powiedzieć, że rozumiem pomysł zwiększenia składu Rady. W końcu czterech członków weszło z rekomendacji AWSP, dwóch z rekomendacji UW i jeszcze jest przewodniczący. Trudno walczyć ze sztormem, kiedy część koła sterowego obsadziła opozycja. Uważam jednak, że rzeczywiście zwiększanie składu RPP popsuje prawo – następny rząd będzie znów mógł manipulować składem Rady i niezależność tego organu stanie się iluzoryczna. Jestem za to za zwiększeniem odpowiedzialności RPP i za wprowadzeniem okresowego rozliczania z dokonań. Jak to wszystko się skończy? Nie mam pojęcia, wiem jedynie, że jeśli sejm wyda z siebie pisk i zostanie podjęta jedynie do niczego nie zobowiązująca uchwała, to umocni się zarówno RPP jak i złoty

Sytuacja techniczna rynku nie jest ciekawa. WIG rysuje formację RGR, której potwierdzeniem byłoby pokonanie 13 500 pkt. (następne wsparcie to 13 370 pkt.). Gdyby RGR wypełniła się to spadek sięgnąłby przynajmniej 12 300 pkt. Na WIG-20 oporem jest obszar 1225 do 1240 pkt., gdzie zbiegają się: średnia 15-sesyjna, średnia 45-sesyjna, linia trendu i okno bessy. Konieczny byłby bardzo duży kapitał, żeby przełamać ten obszar. Wsparciem jest 1195, a potem 1150 pkt.

Musimy polegać wyłącznie na naszych funduszach, a te muszą brać pod uwagę, że na początku stycznia nie będzie zwyczajowego wejścia funduszy zagranicznych na nasz rynek – za duże problemy gospodarcze i walka między RPP a rządem. Fundusze chcą rynek doprowadzić w dobrej formie do końca roku, ale te ostatnie trzy sesje, będą zapewne sesjami cudów, kiedy część kursów będzie podciągana, a inne specjalnie obniżane. Plusem dla rynku jest niewątpliwie sytuacja wokół Elektrimu wynikająca ze skupu akcji przez BRE, PZU i Multico. Jeden Elektrim jednak hossy nie robi.