Słodzić, czy tylko mieszać - to dopiero jest pytanie!

Kazimierz Krupa
opublikowano: 2001-09-06 00:00

Słodzić, czy tylko mieszać – to dopiero jest pytanie!

Prawdę, że herbata nie robi się ani odrobinę słodsza od samego mieszania, trzeba bowiem wcześniej dosypać cukru — jak się wydaje — znają wszyscy, poza premierem i rządem na odchodnym. Mieliśmy rząd na uchodźstwie, teraz mamy właśnie rząd na odchodnym. Ale tak intensywnie ten rząd odchodzi, że nie ma czasu na dosypanie cukru — za to miesza ze zdwojoną energią.

Gdyby rzeczywistość była tak prosta, jak chce rząd — świat byłby piękny. Otóż rząd postanowił, że deficyt budżetowy nie może przekroczyć 40 mld złotych i zobowiązał przejściową minister finansów do „modyfikowania wartości” tak, by to wszystko się zgodziło. Tak naprawdę to dziwię się rządowi i jego minimalizmowi: dlaczego nie zobowiązał pani minister do takiej „modyfikacji” byśmy mieli nadwyżkę, a nie deficyt budżetowy. Przecież, jeżeli w ciągu jednego krótkiego posiedzenia znalazł około 48 mld złotych, bo o tyle nagle deficyt się zmniejszył (co prawda nie podzielił się z nami informacją, jak chce to zrobić, ale każdy z nas, gdyby wiedział, jak czynić cuda, tę wiedzę zostawiłby zapewne dla siebie), to gdyby spotkał się jeszcze ze dwa razy, doszlibyśmy i do nadwyżki.

Ponieważ jednak rząd spotkał się tylko raz, postanowił: deficyt wyniesie 40 mld złotych. Dlaczego akurat tyle? — tego nie wie nikt. Łącznie, a może przede wszystkim, z autorami tego pomysłu. Ot, tak się komuś powiedziało, a ponieważ to ładna i okrągła liczba — tak pozostało. Zły serial trwa. Zły, bo autor dobrego serialu działa według zasady: rób swoje i patrz końca. Czyli przynajmniej mniej więcej wie, jakie będzie zakończenie, dokąd chce dojść. Autorzy tego serialu działają natomiast na zasadzie: jeżeli fakty nie zgadzają się z naszymi oczekiwaniami, tym gorzej dla... faktów. I zabawa trwa. Zaczęto od „modyfikowania” założeń makroekonomicznych. Modyfikowanie, przez niektórych ekspertów określane „rasowaniem” założeń, niczego jednak, tak naprawdę, nie zmieniło. W dalszym ciągu nie wiemy, skąd rząd wziął owe 48 mld złotych. Ale jest jeszcze gorzej, bo to „rasowanie” skutkuje wyższymi dochodami budżetowymi rzędu 2 do nawet 8 mld złotych. Jeżeli ministrowie poczują się upoważnieni i usprawiedliwieni w zbożnym dziele ograniczania wydatków i przytną je o tyle mniej — bo przecież „mamy pokrycie”, to już będzie całkiem źle.

Najbardziej jednak zdumiewa przekonanie, że to rząd w sposób bezpośredni decyduje o dochodach budżetowych. „Decyzje w tych sprawach mają być znane — to cytat z wypowiedzi wicepremiera Janusza Steinhoffa — dopiero wtedy, kiedy rząd je wspólnie ustali”. Panie premierze, a ja jestem przekonany, że nawet dziesięć decyzji rządowych ani o krok nie przybliży nas do poznania dochodów budżetowych osiągniętych w roku 2002. W 2001, ani żadnym innym, zresztą też. Rząd może jedynie ustalić źródła finansowania i stawki, jakimi zostaną one obłożone, ale to są dwie zupełnie różne sprawy. Jakie będą rzeczywiste wpływy, dowiemy się dopiero w sprawozdaniu z wykonania budżetu za rok 2002. Ale na to przyjdzie nam jeszcze poczekać.

Może więc, miast uprawiać futurologię, rząd zająłby się tym, na co ma wpływ rzeczywisty, czyli wydatkami. I to też proponuję, by nie czynił tego „od tyłu” — doświadczenia już mamy, bo tak właśnie był tworzony budżet 2001 (made in Bauc) — ale normalnie, „po bożemu”. Od wielu lat zapisy budżetu, w których tak dochody, jak i wydatki, określane są z dokładnością do jednego tysiąca złotych budzą wesołość u jednych, a uśmiech politowania u drugich analityków. Ale, z uporem godnym lepszej sprawy, ta fikcja jest kultywowana. I nikomu jakoś nie przeszkadza, że w końcowym rozrachunku błąd szacunku mierzy się nie w tysiącach, ale w miliardach złotych. Pora chyba więc na konstruowanie budżetu według metod współczesnych — wynikowych. Na taki eksperyment śmiało właśnie może sobie pozwolić ten rząd — może to być projekt budżetu, może być prowizorium budżetowe — bo:

- nie on będzie go realizował

- i tak niektórzy członkowie tego gabinetu staną przed Trybunałem Stanu

- cały dokument i tak, po wyborach, powędruje do kosza

- będziemy żyli, i pracowali, i wydawali, pod rządami innej ustawy budżetowej.

Optymiści i realiści: Niektórzy mawiają: rzeczy trudne załatwiamy od ręki, tylko niemożliwe wymagają piętnastu minut. Inni natomiast dopowiadają: z pustego i Belka, przepraszam, Salomon nie naleje.