Słowacja wygrywa euro, a Węgry z Polską 2:0

Jacek Zalewski
opublikowano: 2008-06-19 00:00

Rozpoczynający się dzisiaj po południu w Brukseli kolejny szczyt Rady Europejskiej zastaje piłkarskie mistrzostwa Europy po pierwszej selekcji. Zgodnie z obyczajami unijnej wierchuszki prezydenci i premierzy z całą pewnością kilka kurtuazyjnych minut poświęcą gratulacjom dla zwycięzców oraz słowom otuchy dla przegranych. Na szczęście, w zdecydowanie najgłębszym piłkarskim dołku znalazł się dumny prezydent Francji Nicolas Sarkozy, przejmujący 1 lipca przewodnictwo Unii Europejskiej. Dopiero za nim kondolencje będą przyjmować — i sobie wzajemnie składać — premierzy Donald Tusk i Mirek Topolánek z Czech, który po ostatnim meczu chyba nie jest entuzjastą szybkiego przystępowania Turcji do UE. My Chorwacji raczej odpuszczamy.

Takich rozterek zupełnie nie mają pozostali partnerzy z Grupy Wyszehradzkiej, czyli premierzy Robert Fico ze Słowacji i Ferenc Gyurcsány z Węgier. Ich reprezentacje poodpadały jeszcze w ubiegłym roku. Dla Słowacji w ostatnich dniach nieporównanie ważniejsze od EURO okazało się euro. Unijne instancje zatwierdziły przyjęcie przez naszych południowych sąsiadów od 1 stycznia 2009 r. wspólnej waluty. Jeszcze kilka lat temu wydawało się nieprawdopodobne, że po zejściu z Rysów do pobliskiego schroniska pod Váhą będziemy, pozostając złotówkowi, płacić za herbatę wzmocnioną rumem w euro — a jednak. Jedyny z tego plus, że jakieś eurocenty plączą się nam po kieszeniach częściej niż słowackie korony.

O ile zwycięstwo Słowacji w wyścigu do Eurolandu było neutralne dla naszych interesów, bo w tej sprawie każde państwo oceniane jest odrębnie, to z Węgrami straciliśmy bezpośrednio dwa gole. Wczoraj zbiegły się dwie wiadomości — o fabryce Mercedesa oraz o Europejskim Instytucie Innowacji i Technologii (EIT). Niemiecki koncern postanowił umieścić swoją inwestycję nie w polskim Ujeździe, lecz w węgierskim Kecskemét. Unijni ministrowie nauki zaś zdecydowali niemal jednogłośnie, że centrala EIT powierzona zostanie Budapesztowi, a nie Wrocławiowi.

W pierwszym przypadku rzeczywistym czynnikiem rozstrzygającym był strumień pieniędzy, które Węgry skierują na wsparcie niemieckiego inwestora, a konkretnie na stworzenie przez niego miejsc pracy. Tym razem mniejsze znaczenie miały względy infrastrukturalne, a jeszcze mniejsze polityczno- -biznesowe — wszak w stabilności i przewidywalności Polska chyba Węgrom nie ustępuje, zwłaszcza biorąc pod uwagę stałe perypetie socjalistycznego rządu w Budapeszcie.

A co do instytutu, to Unia Europejska dotrzymała obietnicy, że nowe instytucje będą równo rozkładane w nowych państwach członkowskich. My oczywiście nie o takiej dokładnie decyzji myśleliśmy… Nie ma co lamentować, lecz zawalczyć, aby we Wrocławiu koniecznie znalazł się jeden z tzw. wezłów wiedzy EIT. Chociaż żal, rzecz jasna, pozostanie, jako że unijnym partnerem dla technologicznej potęgi z Massachusetts symbolicznie będzie Budapeszt, a nie Wrocław.

Jacek Zalewski