Ubiegłoroczne wybory do parlamentu były sygnałem, że tragiczna katastrofa smoleńska z 10 kwietnia 2010 r. w świadomości większości Polaków schodzi z pierwszego planu.
Wyglądało na to, że priorytety przewartościowało również Prawo i Sprawiedliwość, które jako środowisko polityczne poniosło najcięższe straty — wszak Lech Kaczyński był nie tylko prezydentem RP, ale twórcą i duchowym przywódcą tej partii. Głównym polem wyborczego starcia z Platformą Obywatelską stał się jednak kryzys gospodarczy i większość głosujących Polaków uznała, że w trudnych czasach lepiej nie stawiać na Jarosława Kaczyńskiego, lecz przedłużyć premierowski mandat Donaldowi Tuskowi.
Ostatnie tygodnie dowodzą jednak, że Smoleńsk wraca do wielkiej gry. Wyszła na jaw kompromitacja aparatu państwa, związana z pomyleniem kilku ofiar katastrofy i odwrotnym ich pochowaniem. Ten przygnębiający społeczeństwo dramat dotknął m.in. tak zasłużonego dla niepodległości Polski prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego.
A wczoraj na nowo wybuchł przygasający płomień teorii spiskowej. Zwróćmy jednak uwagę, że od kilku miesięcy zasadniczo zmieniły się jej akcenty. Celowe rozpylenie 10 kwietnia ruskiej mgły (ani chybi przez zdradzieckie mokradła) ostatecznie odeszło w niebyt i zostało zastąpione bombą rozrywającą Tu-154M od środka, czyli podłożoną ręką polską.
Merytoryczne dyskusje z przekonanymi, że tak właśnie było, nie mają jakiegokolwiek sensu. Na lotnisku Siewiernyj w Smoleńsku lądowałem w środę 7 kwietnia 2010 r., gdy na cmentarzu katyńskim spotykali się premierzy Donald Tusk i Władimir Putin. Wtedy przy pięknej, słonecznej pogodzie przyjrzałem się tamtejszej infrastrukturze i całemu bałaganowi, zarówno z góry, jak i przez kilkanaście minut po wylądowaniu. Polską organizację i logistykę takich wypraw poznałem zaś od podszewki przez dziesięć wcześniejszych lat.
Nic a nic się nie zmieniało — ani na lepiej, ani na gorzej za premierostwa: Jerzego Buzka, Leszka Millera, Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza, Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska. Identycznie działały kancelarie prezydentów i premierów, 36. specpułk, Biuro Ochrony Rządu. Dlatego gorący komentarz w „PB” z 12 kwietnia 2010 r. zatytułowałem „Tragiczna szarża”. Wszystkie późniejsze raporty, książki, relacje, teorie tylko potwierdzają jego trafność i dzisiaj po raz setny mogę się pod tymi dwoma słowami podpisać.
A co do zamachów związanych z lotniskiem Siewiernyj w Smoleńsku, to mają one już w historii prawdziwą kartę — i naprawdę niech na tym się skończy. Otóż 13 marca 1943 r. z tamtejszego pasa (później oczywiście kilka razy przebudowanego) wystartował samolot z Adolfem Hitlerem, którego adiutant otrzymał od generała-zamachowca elegancko zapakowaną brandy z prośbą o przekazanie jego przyjacielowi w Berlinie.
Tym niby-alkoholem była bomba z zapalnikiem ustawionym na pół godziny — czyli maszyna eksplodowałaby akurat nad Polską. Ale prezent wstawiony został nie do ogrzewanej kabiny pasażerskiej, lecz do luku bagażowego i detonator w powietrzu po prostu zamarzł...