Sojusz musi się zdecydować na samorozwiązanie Sejmu

Jacek Zalewski
15-12-2004, 00:00

Dzisiaj 15 grudnia — całkiem zapomniana rocznica urodzin śp. Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Przed tzw. Kongresem Zjednoczeniowym, w roku 1948, Polska Partia Socjalistyczna (PPS) była dwukrotnie liczniejsza od Polskiej Partii Robotniczej (PPR). W związku z tym towarzysze PPR-owcy zaproponowali PPS-owcom kompromis nie do odrzucenia: „Dwie pierwsze litery nazwy połączonej partii weźmy z PPS, a tylko trzecią z PPR...”. I tak uczynili, tyle że już na samym kongresie wstawili element czwarty — literę Z.

Ta historyczna refleksja naszła mnie nieprzypadkowo — oto bez rozgłosu, ale szybkimi krokami zbliża się III Kongres Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa konwentykiel, który w najbliższy weekend jak zwykle przyjmuje Centrum Konferencyjne Gromady, kompletnie nie obchodzi. Czy jednak się to komuś podoba, czy nie, SLD pozostaje partią rządzącą Polską — na pewno do lata, a bardzo możliwe, że aż do jesieni.

Premier Marek Belka — który oczywiście jest członkiem SLD, ale stosującym zasadę „palę, lecz się nie zaciągam” — podtrzymuje deklarację, że misji rządowej podjął się na jeden rok i oczekuje wyborów parlamentarnych w maju lub czerwcu (konkretnie typowana jest niedziela 29 maja). Miałem okazję zapytać szefa rządu, czy jest psychicznie gotowy na trwanie dłużej, a zwłaszcza na przygotowanie budżetu na rok 2006! Premier odpowiedział wymijająco: „o to niech się martwi minister Gronicki...”.

Partie przodujące w sondażach i typowane do stworzenia po wyborach koalicji rządowej, czyli Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość, z góry zapowiadają radykalne zmiany ustawowe w wielu dziedzinach życia. Najbardziej tajemniczo jawi się przyszłość całego obszaru gospodarki, jako że koncepcje liberalizującej PO i socjalizującego PiS są zdecydowanie rozbieżne. W związku z tym cała poważnie myśląca o Polsce klasa polityczna powinna zrobić wszystko, aby okres prowizorki w roku 2005 skrócić do minimum.

Jeśli w Sejmie nie znajdzie się co najmniej 307 uczciwych posłów — tyle głosów potrzeba do samorozwiązania parlamentu — wybory odbędą się dopiero 25 września 2005 r., czyli w pierwszą niedzielę po zakończeniu kadencji. Klucz do terminu leży oczywiście w sejmowym klubie Sojuszu. Dlatego najbardziej pożyteczną dla Polski decyzją, jaką mógłby podjąć III Kongres, jest decyzja o bezwarunkowym skróceniu kadencji, nakazująca SLD-owskim posłom poparcie odpowiedniej uchwały Sejmu, a może nawet wniesienie jej projektu! Każda inna formuła — „kierunkowo akceptujemy, aczkolwiek decyzję podejmiemy w aspekcie przeanalizowania całokształtu strategicznej sytuacji” — będzie tylko partyjnym bełkotem, rodem z epoki wspomnianej na początku komentarza.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Sojusz musi się zdecydować na samorozwiązanie Sejmu