Oczywiście nie znaczy to, że debata równych stanem prezydentów/premierów nie wywoła ostrych sporów szczegółowych, wszak przed kolegialną głową Unii Europejskiej (UE), a zarazem najważniejszym wspólnotowym organem decyzyjnym stają ogromne wyzwania – w obliczu wojny tuż za miedzą, inflacji, ponownie wzbierającego tsunami migracji z bliższych i dalszych okolic, etc. Z jednej strony ułomnością szczytów RE, ale z drugiej zaletą – dzięki której nocne posiedzenia nie przeciągają się w nieskończoność – jest przyjmowanie jedynie konkluzji. Mają one ogromne znaczenie polityczne, ale przecież nie trafiają do Dziennika Urzędowego UE i nie współtworzą acquis communautaire, czyli wspólnotowego dorobku prawnego. Należą do niego traktaty, czyli prawo pierwotne, oraz produkty unijnych instytucji – Parlamentu Europejskiego, ministerialnej Rady UE, Komisji Europejskiej i Trybunału Sprawiedliwości UE – czyli prawo wtórne.
Konkluzje RE mają treść podobną do znanych u nas z epoki PRL uchwał Komitetu Centralnego PZPR. Strategiczne znaczenie ma drobiazg – otóż przyjmowane są jednomyślnie (z bardzo nielicznymi wyjątkami) przez 27 prezydentów/premierów, z których każdy ma swoje ambicje i reprezentuje interesy swojego państwa. Dlatego pisane są specyficznym unijnym slangiem, wobec którego zwyczajny czytelnik staje przed problemem „co autor chciał powiedzieć”. Identycznie będą skonstruowane te przyjmowane przez szczyt 23-24 marca, każdy znajdzie coś dla siebie. Na przykład premier Mateusz Morawiecki oczekiwał, że w pakiecie kolejnego potępienia Rosji umieszczony zostanie wątek uprowadzania ukraińskich dzieci. I tak się stało, tyle że ogólnikowa deklaracja RE będzie miała zerowy wpływ na ten rzeczywiście nieludzki proceder uprawiany na terytoriach zagarniętych przez Rosję.
W wątku unijnej jednomyślności ciekawa jest informacja niepowiązana wprost z przebiegiem szczytu RE. Przedłużyła się, ale wciąż nie jest kompletna lista państw, które przystąpiły do dobrowolnego porozumienia o wspólnym zakupie amunicji dla Ukrainy – 1 mln artyleryjskich pocisków kalibru 155 mm – i zarazem wspólnego uzupełnienia zapasów krajowych. Porozumienie to efekt poniedziałkowego posiedzenia ministrów obrony. Europejska Agencja Obrony (EDA) poinformowała, że wśród kolejnych państw, które sfinalizowały akcesję, jest… Polska. To nie pomyłka, dopiero po kilku długich dniach nasze MON się zdecydowało i dopięło formalności. Obecnie w tak ważnej dla Ukrainy amunicyjnej składce uczestniczy 20 państw UE oraz Norwegia, czyli pozaunijny członek Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO). Prościej wyliczyć, kto jeszcze nie dołączył, lista jest dosyć dziwna: Bułgaria, Dania, Irlandia, Łotwa, Słowenia, Węgry i Włochy. Niektórzy jeszcze opóźniają formalności, neutralna militarnie Irlandia z daleka umywa ręce, ale np. rządy Węgier i Bułgarii wysuwają się na czoło wcale nieskrywanej rusofilii.
Premier Viktor Orbán wyrasta na czarną owcę we wszystkich strukturach – UE, NATO oraz Grupie Wyszehradzkiej. Rząd Węgier właśnie oznajmił, że ścigany za zbrodnie wojenne Władimir Putin nie zostałby aresztowany po przybyciu do Budapesztu. Okazuje się, ze statut Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze nie został na Węgrzech ogłoszony, bo uznano jego zapisy za… niekonstytucyjne. W związku z tym całkiem możliwe prawnie jest tak przyjacielskie spotkanie Władimira Putina z Viktorem Orbánem, jakie car Kremla zaliczył z komunistycznym chińskim cesarzem Xi Jinpingiem…

