Można powiedzieć, że we wtorek na rynku ropy naftowej nastąpiła realizacja zysków, więc giełdy w USA zareagowały wzrostami indeksów. Taka interpretacja to uproszczenie, ale niewielkie. Bykom pomogło również to, że w geopolityce nic złego się nie wydarzyło. Radziłbym zwrócić uwagę na to, że Alfred Broaddus, prezes Fed z Richmond, powiedział że Fed bacznie śledzi inflację i jest gotów interweniować, stopniowo zwiększając poziom stóp procentowych. Jeszcze nie tak dawno rentowność obligacji po takich słowach mogłaby wzrosnąć (tak się stało), a indeksy spaść. Pozytywna reakcja giełdy to może być przypadek, ale takie zachowanie rynku może również sygnalizować, że inwestorzy przestają się przejmować wzrostem stóp procentowych.
Wczoraj rano kontrakty na amerykańskie indeksy mocno rosły. I to znowu dzięki zwyżkującym giełdom azjatyckim (chociaż pomagał również wynik kwartalny Hewlett-Packarda). Agencje w swoich komentarzach informowały, że wzrost ciągle wynika z danych o PKB Japonii, ale śmiem w to wątpić. Znaczenie tu miała zwyżka w USA, pomagała taniejąca ropa, a przede wszystkim wypowiedź szefa chińskiego banku centralnego, że w tym kraju na razie nie będzie podwyżki stóp procentowych. To ta informacja zwiększyła skalę wzrostów. Zachowanie giełd azjatyckich nie jest zazwyczaj impulsem dla rynku amerykańskiego, ale Europejczycy znowu czekali na wzrostową sesję w Stanach, co wywoływało wyraźne wzrosty.
Dziś w wielu krajach Europy jest święto, a to powinno generalnie zmniejszać aktywność. Jednak giełdy amerykańskie pracują normalnie, a na rynek dotrze kilka raportów makroekonomicznych, które mogą wpłynąć na przebieg sesji. Tyle tylko, że ten wpływ będzie niewielki, bo dane mogą nie być jednoznaczne. Zarówno sytuacja na rynku pracy, jak i indeks LEI czy Philadelphia Fed pokażą, jak szybko rozwija się gospodarka. W obecnej sytuacji dobre dane będą zwiększały obawy o wzrost stóp procentowych, a złe — oddalały moment podwyżki, ale rodziły zaniepokojenie o wyniki spółek i ich wycenę. W tej sytuacji najbardziej prawdopodobne jest, że nadal nastroje będą kierowały rynkiem, a interpretacja danych będzie zależała od tego, co będzie się działo na rynku ropy i w geopolityce.
Trochę zamieszania pod koniec sesji może wywołać Ben Bernanke, członek Fed. Będzie on tłumaczył, dlaczego Fed ma zamiar stopniowo zmieniać poziom stóp procentowych. Będzie więc mówił o wszystkim, co dzieje się gospodarce i zupełnie nie wiadomo, jak to wpłynie na inwestorów. U nas też pojawią się dane makro, ale dopiero na fixingu, więc ich wpływ będzie bardzo ograniczony. Uważam, że tym razem bardziej istotne będą dane o inflacji w cenach producenta niż dynamika produkcji przemysłowej (tu powinno być dobrze).
Widać, że na naszej giełdzie, mimo kolejnego wzrostu, trwa akumulacja i stąd takie słabe zachowanie indeksów. Dlaczego akumulacja, a nie dystrybucja? Bo odbywa się to na niskim poziomie. A jeśli tak, to oznacza, że na bardziej trwały wzrost jeszcze poczekamy. Doskonałe zachowanie rynku węgierskiego sygnalizuje jednak, że kapitał zagraniczny nie zrezygnował z naszego regionu, a to jest plus dla polskiego rynku. Jeśli tam kapitał uderzył, to u nas polityka może jedynie takie uderzenie opóźnić albo zmniejszyć jego skalę. Tyle że polityka odgrywa coraz mniejszą rolę. Problem tylko w tym, że nie sposób wyczuć dokładnie, kiedy nastąpi atak. Bo z całą pewnością nie nastąpił wczoraj. Nie tak to powinno wyglądać. Było za spokojnie, za mały był obrót i za słaby finisz, ale niewątpliwie to jest przygotowanie do większego ruchu.
Najsensowniej będzie przyjąć, że jeśli na Węgrzech rozpoczęła się wzrostowa część korekty, to u nas też tak musi się stać. W tej sytuacji nie należy pozbywać się akcji. Odważniejsi i inwestujący w średnim terminie inwestorzy powinni delikatni napełniać portfele, jeśli chcą z tej zwyżki skorzystać.