Inwestorzy chwilowo przestali obawiać się ropy, która mimo kiepskiego raportu o stanie zapasów paliw nie była w stanie trwale odbić się od poziomu 136 USD, za to zaczęli uważniej przyglądać się spółkom. Wynik tych oględzin nie sprzyjał niestety wzrostom. W rezultacie wczorajszy dzień okazał się najgorszy dla banków od lipca 2002 roku
Spółki finansowe miotają się ostatnio od ściany do ściany pod wpływem spekulacji i plotek. Jaskrawym tego przykładem było wczorajsze zachowanie Fannie Me i Freddie Mac. Akcje obu spółek po wtorkowym odbiciu znowu zanurkowały w wyniku kolejnej fali pogłosek o nieuchronnej konieczności podniesienia kapitału. Freddie Mac stracił aż 23 proc., a Fannie Mae "tylko" 13 proc. Tęgie lanie nie ominęło innych firm tego sektora. American Express stracił prawie 6 proc., podobnie jak Bank of America. Na szczęście po sesji dyrektor BOA oznajmił, że bank nie musi odnosić kapitału i nie zamierza obciąć dywidendy, z której dochód wynosi obecnie niebotyczne 11,9 proc. Merrill Lynch stracił niemal 6 proc., a Lehman Bros aż 11 proc. Pojawiła się też opinia, że aż 40 proc, banków regionalnych będzie wymagać podniesienia kapitału. O ponad 5 proc. spadła Alcoa, której raport mimo wszystko, jak się okazało, nie przekonał inwestorów.
Także nasycony spółkami technologicznymi Nasdaq został szczególnie mocno poturbowany po tym, jak analitycy UBS i RCB Capital Markets wyrazili obawy o wyniki Cisco. Ich zadaniem spółka ucierpi z powodu mniejszych zamówień z Ameryki i Europy. Jej akcje straciły prawie 6 proc. i spadły do poziomu z września 2006 r. Niemal tyle samo stracił Intel, któremu rekomendację obniżył Merrill Lynch.
Po spadku o 2,3 proc. indeks S&P500 znalazł się na nowym rocznym minimum i mocniej niż w poniedziałek zszedł poniżej marcowego dołka. Już wszystkie trzy indeksy są 20 proc. poniżej historycznych szczytów. Rynkowi z pewnością nie pomogła wypowiedź Thomasa Hoeniga, szefa banku Fed z Kansas City. Powiedział on, że stopy procentowe powinny być jak najszybciej podniesione do neutralnego poziomu, by hamować inflację, a jednocześnie nie osłabiać gospodarki . Tylko defensywny sektor spółek użyteczności publicznej zdołał oprzeć się wyprzedaży. Lepiej też wiodło się producentom stali, którzy odreagowywali niedawną wyprzedaż.
Po sesji nieco zyskały akcje spółek technologicznych, co nie powinno dziwić po tak intensywnej intensywnej wyprzedaży. Analiza biuletynów inwestycyjnych dokonana przez Investors Intelligence wykazała najwyższy poziom pesymizmu ich autorów o 1994 roku. To jednak raczej punkt dla byków, gdyż taki negatywizm zwiastuje często poprawę koniunktury. Wczorajszy spadek znowu należał do kategorii emocjonalnych wyprzedaży przy relatywnie niewielkim ładunku rzeczywiście negatywnych faktów. Takie nagłe zwroty w górę i w dół cały czas mieszczą się jeszcze w formule testowania dna. Dopiero kiedy nastąpi wyraźne wybicie na południe z obecnego poziomu, będzie można mówić o definitywnym sukcesie niedźwiedzi.
Kontrakty na amerykańskie indeksy nieco rosną, a w Azji skala spadków była niewielka. Nikkei zdołał nawet wyjść na plus. Dax jednak zacznie dzień od przekraczającego 1 proc. spadku. Mimo to rosnące amerykańskie kontrakty powinny tonować podaż na GPW. Wydaje się¸ że tym razem łatwo nie odpuści i nie zrezygnuje z próby wyciągnięcia Wig20 w najbliższym możliwym terminie pond linię 2600 pkt. Na początku notowań dojdzie zapewne do korekty, ale nie powinna ona sprowadzić indeksu poniżej linii 2550 pkt. Najbardziej prawdopodobna jest potem konsolidacja w przedziale 2550-2590 pkt. do momentu wyraźniejszego ruchu w USA. Ropa na razie zachowuje się stabilnie, krążąc w przedziale 136-137 USD, więc być może jakiegoś impulsu dostarczą po południu cotygodniowe dane z rynku pracy. Wkrótce też przekonamy się, czy rekomendacja "niedoważaj" wystawiona przez Lehman Brothers dla PKN i Lotosu odniesie jakiś skutek. Także Agora może znaleźć się na celowniku po umieszczeniu na liście "spółek najmniej preferowanych" przez Merrill Lynch.