Sport w wydaniu snapchatowym

aktualizacja: 13-02-2017, 14:18

Park trampolin Hangar 646 działa w Warszawie dopiero od roku, ale już namieszał w rozrywkowym biznesie. Stoi za nim ciekawa rodzina: tata Tomasz i dwóch synów: Igor (z lewej) i Marcin Konefałowie.

Z zewnątrz budynek ozdobiony napisem „Park trampolin Hangar 646” rzeczywiście wygląda na lotniczy hangar. W latach 30. XX wieku władze Warszawy planowały stworzenie w tym miejscu lotniska Gocław, które obok Okęcia i Młocin miałoby obsługiwać ruch pasażerski. Plany pokrzyżowały najpierw wojna, a potem… Trasa Łazienkowska i zabudowywanie tych terenów osiedlami mieszkaniowymi. Samoloty rzeczywiście tu startowały i lądowały, ale tylko do 1976 r. Potem płyta lotniska zamieniła się w osiedle Gocław, a hangary należące do Aeroklubu Warszawskiego stały się nieco straszącymi wyglądem magazynami i zapleczami.

Wyświetl galerię [1/4]

Wewnątrz parku trampolin właściciele prowadzą sympatyczne bistro, nieodbiegające ofertą od modnych warszawskich lokali Marek Wiśniewski

Prawie dwa lata temu bracia Konefałowie odkryli to miejsce na nowo. — Aeroklub Warszawski był bardzo zadowolony, gdy zgłosiliśmy się z propozycją wynajmu hangaru na park trampolin. Aby nawiązać do historii tego miejsca, umieściliśmy nawet pod sufitem szybowiec — mówi Marcin Konefał, jeden z formalnych współwłaścicieli Parku.

Siedzimy w sympatycznym bistro tuż przy stanowisku rejestracji klientów Hangaru 646. Z modnymi koktajlami, sałatkami i domowym ciastem przypomina najmodniejsze kawiarnie Warszawy. Nic dziwnego, skoro Igor Konefał — formalnie tylko pracownik parku — był współtwórcą sukcesu kilku stołecznych klubów, m.in. Syreniego Śpiewu, Warszawy Powiśla, 1500 mkw. oraz pierwszej Plażowej, działającej przy plaży w pobliżu Stadionu Narodowego.

Grupa klientów zgłaszająca się po opaski uprawniające do wejścia nie maleje. Dwie dziewczyny nawet zostają odesłane z kwitkiem, bo nie kupiły biletu przez internet, a „miejsc brak”. Wejściówkę na skakanie można wprawdzie kupić na miejscu, ale po pierwsze, kosztuje o 5 zł więcej, a po drugie — nie zawsze są szanse na takie wejście, zwłaszcza popołudniami i w weekendy.

Właściciele uważają „odbijanie” się gości z braku miejsc za swoją porażkę. — Od początku stawialiśmy na rezerwacje internetowe i bardzo zachęcaliśmy klientów do kupowania wejściówek online. Chcieliśmy uniknąć kolejek i półtoragodzinnego czekania na wejście — mówi Marcin Konefał.

Tłumaczy, że sala ma ograniczoną pojemność, więc dla bezpieczeństwa gości liczba skaczących w tym samym czasie jest ograniczona. Wspomina, że zapał braci do digitalizacji ludzkich przyzwyczajeń studzili przed startem inni przedsiębiorcy, mówiąc, że jeśli osiągną 30 proc. rezerwacji internetowych, to będzie maksimum. Początkowo rzeczywiście tak było, ale po kilku miesiącach zamówienia internetowe prześcignęły w liczbie analogowe, a teraz stanowią już 70 proc. wszystkich.

Po rejestracji i zakupie obowiązkowych skarpet antypoślizgowych goście przechodzą do przebieralni, a następnie do głównej hali. Osoba, która nigdy nie była w takim miejscu, może nie odgadnąć przeznaczenia niektórych sprzętów. Dlatego każdy początkujący najpierw ogląda film instruktażowy, a potem jest pilotowany przez dyżurującego stale trenera.

W hali jest wiele trampolin różnej wielkości i siły odbijania, zabezpieczonych z zewnątrz siatką i oddzielonych sztywnymi materacami. Część jest wydzielona na grę w zbijaka, część na grę w trampolinową koszykówkę (na niej każdy, nawet wzrostu hobbita, może wykonać „wsad” do kosza), część na ćwiczenia akrobatyczne. W sąsiedztwie jest rampa do zjazdów na deskorolce lub rolkach, basen z gąbkami, wielka poducha do skoków, a w górnej części hali — olbrzymia trampolina dla akrobatycznych profesjonalistów.

Rodzinny podział ról

Pomysły i konkretne rozwiązania Marcin Konefał, odpowiedzialny w Hangarze za stronę sportową, podpatrywał głównie w internecie, gdzie nie brak filmików z amerykańskich i zachodnioeuropejskich parków trampolinowych. Kilka również zwiedził, aby z bliska zobaczyć ich działanie. — Ponieważ trenowałem akrobatykę sportową, wiedziałem, jak duże jest zainteresowanie tym sportem i jak jeszcze kilka lat temu było trudno o miejsce do jego uprawiania. Była tylko jedna salka na Targówku.

Najpierw wymyśliłem, że otworzę salę crossfitową, a potem — ponieważ konkurencja w tamtej dyscyplinie okazała się szybsza — park trampolinowy — wspomina Marcin Konefał. Do spółki wziął swojego tatę, prowadzącego własną firmę architektury wnętrz, oraz poprosił o pomoc i doradztwo starszego brata Igora. Tata dołożył część kapitału startowego i doświadczenie w urzędowej papierologii, Marcin — doświadczenie i kontakty w sporcie, Igor — wiedzę z marketingu i promocji.

— Hangar jest wypadkową tego, jacy my jesteśmy. Marcin to sportowiec, ja — niekoniecznie, za to dobrze czuję branżę klubowo-kulturalną — mówi Igor Konefał. Wspomina, że nie brakowało rodzinnych sporów o detale, na przykład o to, jaki baner ma zawisnąć na zewnątrz.

— Marcin z tatą chcieli tam umieścić zdjęcia skaczących dzieci, spodziewając się, że początkowo będą tu przychodziły głównie rodziny z dziećmi. Ja upierałem się przy minimalizmie, który przyciągnąłby bywalców klubów i modnych knajp. Złotym środkiem okazał się prosty napis Park Trampolin, który mówi wszystko — opowiada Igor Konefał.

Odciągnąć dzieciaki od smartfonów

Wnętrze również urządzone jest minimalistycznie i bardziej przypomina modny klub niż strefę sportowej rozrywki. „Chcieliśmy, by równie dobrze czuli się tu nastolatkowie, jak i ich rodzice” — mówią bracia. Główni bywalcy hali to ludzie w wieku 15-25 lat, których udało się oderwać od komputerów i smartfonów i nakłonić do aktywności fizycznej.

— Lubię powtarzać, że jesteśmy miejscem w wystarczająco snapchatowo-instagramowym wydaniu, by do nas przyszli. Ci, którzy trafili tu po raz pierwszy, na przykład na lekcję WF-u, są zachwyceni, bo „widzieli jak wcześniej skakał tu trener, którego obserwują na snapie”, więc to miejsce fajne dla nich, a nie tylko dla ich nauczycieli — mówi Igor Konefał.

Na pomysł, by zaprosić tu szkoły na lekcje WF-u, wpadli niedługo po otwarciu parku we wrześniu 2015 r. Opowiadają, że objeździli z ulotkami wszystkie warszawskie podstawówki, oferując chętnym klasom transport. Bardzo szybko park zaczął się zapełniać skaczącymi także w godzinach przedpołudniowych dzieciakami, które dzięki temu miejscu zapomniały o zwolnieniach z WF-u.

Odwaga szczerości

Bracia podkreślają, że od początku stawiali na szczerość i przejrzystość w biznesie. Nie bali się na przykład pół roku przed otwarciem parku poinformować o tym zamiarze publicznie, zakładając fanpage na Facebooku i relacjonując krok po kroku etapy budowy Hangaru 646.

— Liczyliśmy na facebookowy odzew od zainteresowanych tym miejscem. Wrzucaliśmy fotkę jakiegoś rozwiązania, patrzyliśmy, czy zbiera lajki, czy nie, i kilka razy dzięki temu zmieniliśmy projekt, dopasowując go do oczekiwań potencjalnych klientów — zdradza Igor Konefał. Nie boją się też dzielić wiedzą i doświadczeniem z innymi śmiałkami, inwestującymi w parki trampolin w Polsce.

Przed Hangarem 646 istniał tylko JumpCity Gdynia (rok powstania 2013), a teraz jest ich już około 10, w tym trzy we Wrocławiu. Właściciele otwartego w maju 2016 r. GoJump Wrocław, JumpIn ze Słupska i Jumpera z Białegostoku radzili się ich nawet w różnych technicznych sprawach. — Sami uzyskaliśmy mnóstwo porad od właścicieli parku trampolin w Niemczech, więc nie mamy problemu z tym, żeby naszą wiedzą dzielić się z konkurencją w Polsce — wyznaje Igor Konefał. W Warszawie nie mają konkurencji. Mają za to za sobą bardzo udany debiut i konkretne plany.

— Właśnie otwieramy drugie miejsce. Znajduje się na Mokotowie, ale zostajemy przy nazwie Hangar 646, która się wzięła od adresu na Gocławiu. Hangar stał się już na mieście bardzo rozpoznawalną marką, którą chcemy przyciągnąć gości — informuje Igor Konefał. Innych pomysłów bracia jeszcze nie zdradzają. Wiadomo tylko, że na razie wykluczają tworzenie ogólnopolskiej sieci parków trampolin.

— Warszawa to nasze rodzinne miasto, znamy je najlepiej. Nie chcemy też iść w ilość, zależy nam na utrzymaniu dotychczasowej jakości — mówią. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Druś

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu