Spożywcza misja Gabriela Janowskiego

Były minister rolnictwa chce zbudować rozpoznawalny na świecie branżowy system jakości. Pomysł dobry, ale bez pomocy państwa arcytrudny do wykonania — odpowiadają eksperci

Gabriel Janowski kreśli strategię dla polskiej branży żywności — takie sygnały pojawiły się w kręgach spożywców. I rzeczywiście. Były minister rolnictwa, znany m.in. z barwnych, sejmowych wystąpień (przyniesienia na Wiejską worka z „wąglikiem i rózgami” dla prezydenta i premiera oraz zaangażowania w spór o prywatyzację polskich cukrowni), tworzy zalążki „Polish Quality Food” (PQF).

Gabriel Janowski upatrzył sobie warszawskie Krakowskie Przedmieście na pierwszy, flagowy sklep, który ma być jednym z miejsc handlu i marketingu przedsięwzięcia Polish Quality Food. Zapewnia, że kolejne placówki powstaną nie tylko w innych miastach kraju, ale również świata.
Zobacz więcej

POCZĄTEK W STOLICY:

Gabriel Janowski upatrzył sobie warszawskie Krakowskie Przedmieście na pierwszy, flagowy sklep, który ma być jednym z miejsc handlu i marketingu przedsięwzięcia Polish Quality Food. Zapewnia, że kolejne placówki powstaną nie tylko w innych miastach kraju, ale również świata. Marek Wiśniewski

To system jakości i strategii rozwoju przemysłu żywnościowego. Gabriel Janowski pielgrzymuje z nim m.in. do polityków, przedsiębiorców i naukowców. Wielu z nich od lat przyznaje, że Polska jednolitej i konsekwentnie wdrażanej strategii nigdy nie miała, a jako czołowy producent i eksporter żywności — bardzo jej potrzebuje.

— PQF ma być marką rozpoznawalną na całym świecie i wzorcem najwyższej jakości. Znak ten jest na etapie rejestracji w Urzędzie Patentowym. W pierwszym kwartale zakończymy sprawy organizacyjne — ruszą fundacja i spółdzielnia, do których wszystkich serdecznie zapraszamy. Pierwsza ma zajmować się projektem od strony prawnej i promocyjnej, a spółdzielnia — organizacją produkcji i sprzedaży — mówi Gabriel Janowski.

Tylko z państwem

— Idea słuszna, ale diabeł tkwi w szczegółach. Mamy w Polsce kilka systemów jakości, funkcjonujących głównie w branży mięsnej. Stworzenie jednego znaku dla całego przemysłu jest możliwe, ale będzie bardzo trudne ze względu na bardzo dużą zmienność czynników określających jakość dla poszczególnych grup produktów żywnościowych.

Musi być to transparentny, wiarygodny system z wysokimi i zrozumiałymi dla konsumenta kryteriami oraz szczelnym systemem kontrolnym, bo tylko taki może zyskać zaufanie, które przełoży się na faktyczną wartość rynkową produktów — komentuje Andrzej Gantner, dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności. Wtóruje mu Witold Choiński, prezes Związku Polskie Mięso, które ma doświadczenie we wprowadzaniu systemu jakości dla wieprzowiny — PQS.

— Problemem jest zawsze zorganizowanie i sfinansowanie takiego przedsięwzięcia. Są kraje, które tylko na promocje jednego gatunku mięsa wydają od kilkudziesięciu do kilkuset milionów złotych rocznie. Branża miała sporo pomysłów i temu służą m.in. fundusze promocji [przedsiębiorcy m.in. przy zakupie świń czy owoców są zobowiązani do odprowadzenia 0,1 proc. wartości netto — red.], ale były to pomysły na dużo mniejszą skalę, więc efektów też nie ma takich jak w przypadku np. znanej na całym świecie australijskiej wołowiny — tłumaczy Witold Choiński.

Wolumen dla świata

Gabriel Janowski opowiada, że z tym pomysłem był już w rządzie, bo trudno będzie go wdrożyć bez wsparcia z samej góry. Tego samego zdania są przedstawiciele branży.

— Taki system, element strategii, ma szanse powodzenia, tylko jeśli będzie polegał na ścisłej współpracy administracji państwowej i biznesu, przy czym przedsiębiorcy powinni odpowiadać za część sprzedażowo-marketingową, a państwo za stworzenie warunków (dyplomację gospodarczą), administrację i kontrolę tego systemu — twierdzi Andrzej Gantner. Jeremi Mordasewicz przyznaje, że były minister zawitał w Konfederacji Lewiatan ze „wszechmiar słuszną inicjatywą”.

Ekspert organizacji również uważa, że bez państwowego wsparcia się nie obędzie.

— Chętnie posłużymy wiedzą i bazą kontaktów oraz doświadczeniem naszych członków w budowaniu marek. Uważam, że realna jest sytuacja, w której polski produkt żywnościowy będzie postrzegany nie jako tani, ale dobry i zdrowy, a przez to uzyskujący też lepsze marże. Widać sporo lokalnych inicjatyw w zakresie tworzenia znaków jakości, przyznawania certyfikatów itp. Wiele z nich nie jest jednak wiarygodna dla konsumenta, który się dowiaduje, że ten czy inny certyfikat można kupić. Dlatego ogromna jest rola państwa, które powinno odpowiadać za taki system certyfikowania — uważa Jeremi Mordasewicz.

Obrona przed Wschodem

Gabriel Janowski uważa, że czas najwyższy na taki system, bo Polska jako znaczący producent żywności nie będzie w stanie długo konkurować z dużym wolumenem taniej żywności z Ukrainy czy Chin. — Na Wschodzie widać ogromne inwestycje w moce produkcyjne, a Chińczycy rozbudowują kolejne jedwabne szlaki. Musimy w końcu pomyśleć o jednej strategii rozwoju żywności. Nie wygramy ilością, chodzi nam o promocję naturalnej żywności najwyższej jakości. Przy czym absolutnie nie wykluczamy dużych, przemysłowych producentów, jeśli tylko będą w stanie spełnić kryteria przynależności do systemu — twierdzi Gabriel Janowski.

Obawy o rosnącą ukraińską konkurencję głośno wyrażają od jakiegoś czasu m.in. producenci drobiu i zbóż. Sporo mówi się też o dużych nasadzeniach jabłoni na Wschodzie. Nie jest tajemnicą, że od lat tracimy też nasze cenowe przewagi konkurencyjne, a branża wielokrotnie nawoływała do budowy nowych, opartych na innowacyjności marek, które pozwolą na eksport produktów bardziej przetworzonych w miejsce sprzedaży surowców bądź produktów pod marką własną sieci handlowych.

— Na świecie wypracowano różne rozwiązania na rzecz promowania żywności wysokiej jakości jako przewagi konkurencyjnej w handlu zagranicznym. Francuzi z Hiszpanami wymyślili markę „szynka bajońska”, która produkowana jest w konkretnym regionie przez kilkadziesiąt małych zakładów stosujących jeden rygor jakościowy i wspólny marketing, a dzięki temu są w stanie zaoferować duże wolumeny wystandaryzowanego produktu, który jednocześnie jest produktem tradycyjnym, znanym na skalę światową. U nas też były różne pomysły na oscypka, kiełbasę lisiecką i krakowską, ale nie stworzono jeszcze odpowiednich systemów gwarantujących produkcję na skalę umożliwiającą handel na poziomie światowym — mówi Andrzej Gantner. © Ⓟ

OKIEM MENEDŻERA

Zderzenie z praktyką

EDWARD BAJKO, prezes Spomleku

Idea jest jak najbardziej słuszna, a jej realizacja potrzebna. Patrząc na rozdrobnienie, mentalność i nieraz desperacką pogoń za zyskiem, będzie niezwykle trudna do wykonania. Producenci mają złe doświadczenia z niektórymi medalami, znakami czy certyfikatami jakości, które się po prostu kupuje, a nie zdobywa poprzez spełnienie określonych kryteriów. Podobnie konsumenci, którzy są zalewani różnymi oznaczeniami zapewniającymi o jakości. Podstawowa kwestia to więc stworzenie znaku, w który uwierzy Polska i świat. Od czasu do czasu producenci poszczególnych spożywczych kategorii sami starają się uregulować kwestie jakości i ustalają, że np. pomimo starań o cenę nie będą zastępować danych składników innym. Wiedzą, że to perspektywiczne działanie, które przekłada się w długim okresie na zaufanie konsumentów i popyt na produkty. Warunkiem jest jednak to, by wszyscy przestrzegali takich ustaleń, co w praktyce wygląda różnie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Michalina Szczepańska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu