Polscy i amerykańscy przedsiębiorcy będą wspólnie walczyć o zmiany w dyrektywie chemicznej, której wdrożenie pochłonie gigantyczne kwoty.
Przedstawiciele biznesu rozpoczęli ofensywę zmierzającą do odrzucenia nowych regulacji chemicznych proponowanych przez Komisję Europejską (KE), a przynajmniej dokonania głębokich zmian. Wprowadzenie dyrektywy Reach (patrz — ramka) w proponowanym przez Brukselę kształcie byłoby bowiem bardzo kosztowne.
Do akcji wkraczają nasi sojusznicy zza oceanu, którzy dziś w Warszawie z inicjatywy Amerykańskiej Izby Przemysłowo-Handlowej organizują dyskusję nad skutkami chemicznej rewolucji. W spotkaniu wezmą udział przedstawiciele AmCham przy Unii Europejskiej: Michelle O’Neill, dyrektor ds. stosunków z rządem w Honeywell, oraz Jonathan Kapstein, dyrektor ds. stosunków z rządem w Lyondell Chemical.
— Amerykanie też są przerażeni proponowanym przez KE zakresem zmian, który wpłynie nie tylko na ich eksport do UE, ale także na inwestycje — mówi Wojciech Lubiewa-Wieleżyński, dyrektor generalny Izby Przemysłu Chemicznego.
Jego zdaniem, Unia niepotrzebnie spieszy się ze zmianami, tym bardziej że problem ten będzie dyskutowany na forum Światowej Organizacji Handlu w 2008 r.
— Komisja nie policzyła jeszcze kosztów proponowanych zmian. Szacujemy, że koszty bezpośrednie polskich firm mogą być nawet pięciokrotnie wyższe niż obecnie, a wliczając pośrednie, mogą sięgnąć nawet 600 mln zł — twierdzi Wojciech Lubiewa-Wieleżyński.
Przedstawiciele krajowego sektora podkreślają też, że w ostatniej dekadzie byli zmuszeni płacić za kilkudziesięcioletnią przeszłość, np. za wysokie koszty emisji. Sprostanie o wiele surowszym wymogom Reach będzie tym trudniejsze, że branża ma kłopoty z uzyskaniem środków na restrukturyzację.