St. Traffo — ciasno i bez wyrazu
St. Traffo przy warszawskim Nowym Świecie nie jest lokalem, do którego warto zaprosić ważnych gości. W restauracji panuje zaduch i ciasnota, a jakość dań jest nieadekwatna do wysokich, nawet jak na stolicę, cen.
Wystrój wnętrza robi wrażenie skomponowanego z pozostałości kilku innych placówek gastronomicznych, mieszczących się wcześniej w tym lokalu, i jest pozbawiony wyrazu. Na dodatek w St. Traffo panuje ciasnota. Stoliki są za małe i poustawiane tak gęsto, że mimo woli słyszy się wyraźnie, o czym rozmawiają sąsiedzi.
Kuchnia również nie jest najmocniejszą stroną tej włoskiej, przynajmniej z nazwy, restauracji.
Kucharzowi nie udało się, co prawda, zniszczyć carpaccio, ale dużo gorzej radzi sobie z gorącymi przekąskami. O ile crepesy — naleśniki z łososiem — można ocenić na słabą czwórkę, o tyle bruschetta — zapiekanka z pomidorami i mozarellą, nie różni się niczym od „specjałów” serwowanych w ulicznych fastfoodach. Kluseczki z masłem i parmezanem mogą zrobić wstrząsające wrażenie nawet na niezbyt wybrednym podniebieniu.
Z zupami nie jest lepiej. Minestrone — byle jaka, a krem broccoli za rzadki i mdły.
Jeśli chodzi o dania główne, opinię lokalu ratuje filet z łososia, który prezentuje średni poziom. Stek z tuńczyka — suchy. O przygotowaniu dziczyzny kucharz St. Traffo ma niewielkie pojęcie. Tzw. frykasy z polędwicy dzika przypominają smakiem i konsystencją, płytę wiórową, polaną sokiem wiśniowym. Może warto by wysłać autora tego „specjału” na korepetycje do jakiejś leśniczówki.
Desery nierówne. Tiramisu jest gorsze od fabrycznej produkcji oferowanej przez supermarkety, za to biszkopt z Porto mile zaskakuje.
Obsługa — bez zarzutu. Dyskretna i kompetentna.