To żadna niespodzianka, pod rządami tzw. dobrej zmiany historia Polski po prostu tak ma. Zasłużonym kombatantem okazuje się ten, kto w niedzielę 13 grudnia 1981 r. wyspał się do południa – podobnie jak jego kot – albowiem dla ówczesnej władzy stanowił zagrożenie zerowe. Notabene dla mnie stan wojenny zaczął się wizerunkowo już w sobotę 12 grudnia o godz. 22, albowiem wracając do domu koło 1. Praskiego Pułku Zmechanizowanego (dzisiaj to 1. Warszawska Brygada Pancerna) w Wesołej dostrzegłem za płotem jakąś anormalną bieganinę, światła, wyprowadzone na plac apelowy transportery SKOT. Weekend był w ludowym wojsku czasem żołnierskich przepustek, więc pomyślałem, że chyba w pułku komuś odbiło…
Niezależnie od ofiar oraz następstw stanu wojennego jego grzechem pierworodnym była nielegalność w stosunku do Konstytucji PRL. W tamtym ustroju Sejm obradował nie stale, lecz na wielotygodniowych sesjach, zwoływanych przez Radę Państwa zwykle dwa razy w roku. Przyklepywał budżet oraz pakiet innych ustaw, a potem miał przerwę. Konstytucja PRL w art. 31 regulowała, co się wtedy dzieje: „W okresach między sesjami Sejmu Rada Państwa wydaje dekrety z mocą ustawy. Przedstawia je Sejmowi na najbliższej sesji do zatwierdzenia”. 13 grudnia 1981 r. właśnie trwała sesja Sejmu, zatem zastępowanie ustaw dekretami było konstytucyjnie wykluczone. Tymczasem rada, zwieziona alarmowo do Belwederu nocą z 12 na 13 grudnia, klepnęła najpierw dekret, regulujący stan wojenny ogólnie, a po chwili uchwałę – od razu tenże stan wprowadzającą. Zwołany dopiero 25 stycznia 1982 r. Sejm nielegalny dekret rady oczywiście zatwierdził. Przyczyna podeptania przez władców PRL ich własnych przepisów była równie prozaiczna, co zdumiewająca. Od wprowadzenia w Konstytucji PRL z 1952 r. instytucji stanu wojennego przez trzy dekady żadna ekipa… nie pomyślała o uregulowaniu go ustawą. Gdyby takowa istniała, sama wykonawcza uchwała rady z grudniowej nocy nie byłaby niekonstytucyjna. Notabene władcy PRL mieli wtedy inną formalną furtkę – otóż Rada Państwa mogła od ręki… zamknąć sesję Sejmu, by po chwili uchwalić brakujący dekret. Byłoby to pójście po konstytucyjnej bandzie, ale wybrali pójście prosto na chama.

Stany nadzwyczajne istniejące w przedwojennych konstytucjach II RP były uregulowane, chociaż z opóźnieniem. Na podstawie konstytucji marcowej z 1921 r. stan wojenny zyskał ramy prawne w 1928 r., notabene rozporządzeniem prezydenckim z mocą ustawy. Po wprowadzeniu w 1935 r. konstytucji kwietniowej zaległość trwała także długo, ustawa o stanie wojennym została uchwalona dopiero w czerwcu 1939 r., gdy wojna była na horyzoncie. Również w naszej III RP uregulowanie stanów nadzwyczajnych trochę potrwało. Konstytucja RP pochodzi z 1997 r., natomiast ustawy o trzech stanach – wojennym, wyjątkowym oraz klęski żywiołowej – dopiero z 2002 r. Nie są doskonałe, ale są. Gdy niedawno wprowadzano stan wyjątkowy w trzykilometrowym pasku przy granicy z Białorusią, trwał ostry spór o sam jego sens, ale nie o przepisy, bo te od dwóch dekad istnieją. Notabene po wygaśnięciu nadgranicznego 90-dniowego stanu obecni władcy skorzystali z patentu PRL-owskich poprzedników. Gdy 22 lipca 1983 r. stan wojenny został uchwałą Rady Państwa wreszcie zniesiony, to wiele jego restrykcji przekopiowano na stałe do ustaw zwykłych. Teraz stało się tak samo – faktyczny stan wyjątkowy przy granicy obowiązuje mimo wygaśnięcia konstytucyjnego.