Stanisław Dziwisz : Tu nie chodzi o kremówki

WK
opublikowano: 30-04-2010, 00:00

Kardynał Stanisław Dziwisz — dziś metropolita krakowski. Dawniej najbliższy współpracownik papieża Jana Pawła II. Gdy w sierpniu 2005 r. wracał do Polski, by objąć rządy w jednej z najważniejszych prowincji kościelnych, nawet praktykujący katolicy wiedzieli o nim niewiele.

W W ich świadomości był przede wszystkim cieniem Jana Pawła II. Księdzem, który go podtrzymywał po zamachu na placu św. Piotra, wspierał w miarę, jak papieżowi przybywało lat i ubywało sił. Postrzegali go jako uosobienie spolegliwości i dobroci. Szybko przekonali się, że dobroć może iść w parze z żelazną konsekwencją. I że kardynał wrócił do Polski nie po to, by ciepło rozprawiać o papieskich kremówkach, ale po to, by wspierać rodzimy Kościół.

Urodzony w podhalańskiej wsi Raba Wyżna, w dorosłość wchodził, gdy Polską rządził Gomułka i bardziej opłacało się zapisać do ZMS, niż wstąpić do seminarium duchownego. Posłuchał jednak wewnętrznego głosu i wybrał kapłaństwo. Dwa lata był wikarym w Makowie Podhalańskim. Talent i konsekwencję młodego księdza dostrzegł kardynał Karol Wojtyła. W 1966 r. zaproponował mu stanowisko swojego sekretarza. Ksiądz Stanisław przyjął propozycję. Uznał, że tak trzeba.

W Watykanie nie miał ks. Dziwisz łatwego życia. Zarzucano mu nawet, że manipuluje Janem Pawłem II, selekcjonując informacje, jakie do papieża docierają. Ze szczególnie ostrymi zarzutami spotkał się, gdy w 2001 r. wyszła na jaw afera z molestowaniem seksualnym kleryków przez metropolitę poznańskiego, arcybiskupa Juliusza Paetza. To papieskiego sekretarza wskazywano jako tego, który zwlekał z poinformowaniem o sprawie papieża, co opóźniło odsunięcie poznańskiego hierarchy od urzędu. Wiele zamętu w mediach powstało także w związku z krytyką, jakiej kardynał poddał działania ks. Isakowicza-Zaleskiego, dążącego do lustracji księży podejrzanych o współpracę z SB. Szum podniósł się też, gdy w 2007 r. ostro skrytykował szefów Radia Maryja i Telewizji Trwam, opowiadając się za ich wymianą. Uważał, że tak trzeba.

Czy jest zatem przeciwnikiem oczyszczenia szeregów duchowieństwa, przedstawicielem kościelnego "betonu"? Kto tak myśli, ten niczego się nie nauczył od Jana Pawła II. Ksiądz Stanisław, jak chyba nikt inny, miał okazję uczyć się od niego każdego dnia i utwierdzać w przekonaniu, że do przeprowadzenia najważniejszych zmian nie trzeba wywoływać rewolucji. Zdaje się być wyznawcą zasady, że aby być skutecznym, trzeba — zgodnie z powiedzeniem: "kościelne młyny powoli mielą" — uspokoić emocje. Inaczej nad działaniem górę weźmie czcza gadanina, w której my, Polacy, bywamy mistrzami świata.

Przed kolejną trudną próbą kardynał Stanisław stanął po katastrofie pod Smoleńskiem. Gdy Polska pogrążyła się w głębokiej żałobie, zdecydował, że para prezydencka zostanie pochowana na Wawelu, w krypcie, w której znajduje się urna z katyńską ziemią. I znów spadła na niego fala krzykliwej krytyki. Musiał stawić czoła, niestosownym w takim momencie, protestom. Jedno jego niewłaściwe słowo mogło doprowadzić do rozgdakania się Polaków nad trumnami ofiar, zaprzepaszczenia tego, co z narodowej tragedii mogłoby dla nas wszystkich wyniknąć dobrego w przyszłości. Kardynał się nie ugiął. Zdecydowanie uciął dyskusje. Wiedział, że tak trzeba.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: WK

Polecane