Tzw. wybory połówkowe jedynie do Kongresu USA oczywiście nie umywają się co do znaczenia z prezydenckimi, przeprowadzanymi w latach przestępnych. Dwuizbowy parlament federalny jednak realnie wpływa – głównie decyzjami budżetowymi – także na politykę zagraniczną USA, dlatego jego odnowiony skład jest bardzo ważny np. dla tragicznie doświadczanej rosyjską agresją Ukrainy. Notabene co dwa lata w ten listopadowy wtorek następuje w USA kumulacja najróżniejszych wyborów na poziomie stanów, hrabstw czy miast/gmin, a także lokalnych referendów w najróżniejszych sprawach.
Elektorski system wyborów prezydenta USA jest dla demokratycznej reszty świata niepojęty. Tylko Amerykanie rozumieją i w większości akceptują np. sytuację z 2016 r., gdy Hillary Clinton otrzymała w skali kraju aż 2,87 mln głosów więcej od Donalda Trumpa, ale to on wygrał wyraźnie 304:227 w stanowych głosach elektorskich. Na szczęście te do Kongresu USA są proste i zrozumiałe dla każdego, odbywają się według ordynacji większościowej w okręgach jednomandatowych. W 435-osobowej Izbie Reprezentantów, wybieranej w całości co dwa lata, każdy stan ma liczbę mandatów zależną od liczby jego mieszkańców. Obszar stanu dzielony jest na odpowiednią liczbę okręgów, z których każdy obejmuje kilka/kilkanaście hrabstw. W momencie zamykania tego tekstu skład nowej Izby Reprezentantów wynosił 207:188 dla Republikanów, trwało jeszcze liczenie w 40 okręgach, zwycięstwem jest obsadzenie przez partię co najmniej 218 foteli. Obszar USA generalnie oznaczany był w diagramach republikańską czerwienią, albowiem znacznie bardziej ludne stany demokratyczne to głównie wąskie niebieskie pasy nad oceanami – Atlantykiem i Pacyfikiem.
W systemie konstytucyjnym USA większe uprawnienia ma jednak Senat. Akurat w działalności legislacyjnej współdecydują obie izby, ale np. w sprawie zatwierdzania rządu oraz obsadzania wielu stanowisk liczą się tylko senatorowie. Wypada przypomnieć, że kadencja senatora trwa sześć lat, zaś każdy stan ma dwa mandaty. Sztywny algorytm podzielił 100 senackich mandatów na trzy stałe klasy: 33-osobowa klasa 1 wybrana została ostatnio w 2018 r., również 33-osobowa klasa 2 w 2020 r., zaś w miniony wtorek – 34-osobowa klasa 3. Dosłownie obsadzano 35 mandatów, ten dodatkowy wynikał z wyborów uzupełniających w jednej z poprzednich klas. Jak z tego wynika, aż 15 stanów w ogóle nie organizowało wyborów do Senatu, ich mieszkańcy ograniczyli się tylko do wyłonienia kongresmenów. Akurat do klasy 3 należą stany z tradycyjną przewagą Republikanów, zatem rozliczanie czystych wyników wybrania 35-osobowej grupy we wtorek nie ma sensu. Liczy się tylko całościowy rozkład sił w 100-osobowym Senacie.
W momencie zamykania tego tekstu wynik brzmiał 48:48, trwało jeszcze liczenie w czterech stanach. Przy czym Georgia zapewne przytrzyma całe USA w ogromnej niepewności aż do drugiej tury 6 grudnia, bo w tym stanie warunkiem zdobycia mandatu senatora jest uzyskanie ponad 50 proc. głosów, zaś 8 listopada liczących się kandydatów było trzech i ten dodatkowy, niezależny, podebrał trochę punktów duetowi demokratyczno-republikańskiemu. W związku z tym odpowiedź na pytanie, czyj będzie nowy Senat – zostanie odłożona o prawie miesiąc. Jeśli Demokratom uda się obronić dotychczasowy stan 50:50 – przy takim wyniku głosowań liczy się 101. głos wiceprezydent Kamali Harris – to będzie można stwierdzić, że wielkie starcie o Kongres USA wyszło na remis.

