Starzy twardziele F1

Łukasz Ostruszka
opublikowano: 2011-05-30 10:30

Kochacie idoli ścigających się po torach F1? Oni są tylko najemnikami na arenie. Całą zabawą kierują inni.

Hektolitry drogiego paliwa spalanego w każdy weekend przez pędzące po torze bolidy, piękne kobiety lgnące do facetów w żaroodpornych kombinezonach, masa adrenaliny i smak szampana na koniec. Taka jest Formuła 1. Najbardziej prestiżowa. Najszybsza. Napakowana pieniędzmi seria wyścigów samochodów.

Podziwiamy facetów w fajnie pomalowanych kaskach, którzy ryzykując życie mijają się na torze przy zawrotnych prędkościach. Za kulisami są jednak twardsze sztuki. Doświadczeni, leciwi mężczyźni, którzy sterują tym biznesem. Kilku umieściliśmy w tej opowieści.

Arystokracja wyścigowa

Jeśli mówisz Formuła 1, to myślisz Ferrari. Jeśli mówisz Ferrari, to myślisz Formuła 1. To zależność tak stara, jak pomysł ścigania się po torze. Można jeszcze dodać, że jeśli myślisz o Ferrari, to przed oczami pojawia się wizerunek eleganckiego prezesa Luki Cordero di Montezemolo. Szef wyścigowej firmy to dobro narodowe Włochów i ich lider, choć skrajnie inny od rubasznego premiera Silvio Berlusconiego. Tak długie naz-wiska zawsze oznaczają, że chodzi o kogoś, w czyich żyłach płynie błękitna krew. 63-letni Montezemolo jest potomkiem arystokratycznej rodziny piemonckiej, jednej z najstarszych w kraju, która zawsze manifestowała oddanie dynastii sabaudzkiej. Korzenie szefa Ferrari widać w sposobie bycia i zwyczajach. Zawsze zdecydowany, konsumuje życie ze smakiem. Pewność siebie przelewa na zespół wyścigowy, który też jest przekonany o własnej wyjątkowości.

Montezemolo jest związany z włoskim koncernem Fiata, do którego należy marka Ferrari, od ponad 40 lat. Przeszedł różne szczeble kariery, kierował wieloma projektami. Pracował u boku samego Enzo Ferrari, ciągle jest blisko rodziny Agnellich, która włada turyńskim Fiatem. To były kierowca rajdowy, świetny menedżer, a być może kiedyś również polityk, czego chce spora część włoskich wyborców, zmęczonych podbojami aktualnego premiera.

Dziennik "Financial Times", opisując kiedyś Montezemolo, stwierdził, że Włoch nałogowo używa słowa "fantastycznie". Ferrari jest "fantas-tyczne", włoskie jedzenie jest "fantastyczne", wszystko, czym zachwyca się Montezemolo, jest "fantastyczne".

F1 bez tak "fantastycznego" teamu jak Ferrari byłoby tylko imitacją legendarnej serii wyścigowej. Guru arystokratycznego marketingu nikogo o tym przekonywać nie musi.

Król mocnych puszek

To, co dla Montezemolo było w życiu wszystkim od zawsze, dla Dietricha Mateschitza jest tylko kolejnym sportem, z którym postanowił powiązać stworzoną przez siebie markę napojów energetycznych Red Bull. Ale najwyraźniej pokochał nową zabawę, bo od kilku lat to właśnie w F1 inwestuje najwięcej.

Firma Austriaka kupiła kilka lat temu podupadający zespół Jaguara, zmieniła nazwę na Red Bull i zaczęła pompować w niego pieniądze. Rezultat? Mistrzostwo w klasyfikacji kierowców i konstruktorów zdobyte w zeszłym roku. Red Bull jest też współwłaścicielem drugiej ekipy, włoskiej stajni Toro Rosso, która wychowuje przyszłych mistrzów dla głównej ekipy.

Kim jest tajemniczy Mateschitz? To 66-letni singiel z Fuschl am See w Austrii, który dorobił się fortuny na zmieszaniu substancji pobudzających z cukrem i wodą, a później stworzenia marki popularnej wśród młodych ludzi. Przez wiele lat marketingowy mistrz Mateschitz i jego tajski partner Chaleo Yoovidhya żmudnie inwestowali pokaźną część dochodów ze sprzedaży napojów w sponsorowanie sportów ekstremalnych i wszystkiego, co się wiąże z buzującym adrenaliną lifestylem.

Pomysł Red Bulla okazał się tak skuteczny, że teraz jedyną drogą przedarcia się na rynek napojów energetycznych jest po prostu… inteligentne wzorowanie się na austriackim potentacie. Duże nakłady na sponsoring zwracają się z nawiązką w sprzedaży. CNBC podaje, że w zeszłym roku Red Bull sprzedał na całym świecie ponad cztery miliardy puszek napoju. A koncern ciągle jeszcze nie zawojował chińskiego rynku. Magazyn "Forbes" szacuje majątek Mateschitza na 5 mld dolarów.

Miliarder lubi rozgłos wokół stworzonej przez siebie marki, ale nie lubi rozgłosu wokół siebie. Wywiadów udziela niezwykle rzadko. Znaki rozpoznawcze? Dwudniowy zarost, siwe włosy, szeroki uśmiech, rozpięta koszula i mnóstwo zabawek wokół. Ulubione? Samoloty i bolidy.

Zawodowiec/nałogowiec

W świecie ścigania mamy bohaterów. Dziś to Lewis Hamilton, Sebastian Vettel, Fernando Alonso czy Jenson Button. Kiedyś emocje fanów rozgrzewali z kolei Nigel Mansell, Alain Prost, Ayrton Senna.

Sir Frank Williams był, jest, i pewnie jeszcze trochę pobędzie w cyrku zwanym F1. Kiedyś niezamożny chłopak rozkochany w samochodach, później mechanik, kierowca, zapalony Brytyjczyk przygotowujący wyścigowe auta. Wspólnie z przyjaciółmi stworzył zespół Williams F1, jedną z najbardziej utytułowanych stajni w historii, którą fani wymieniają jednym tchem obok innych legend, takich jak Ferrari czy McLaren.

Jedni odchodzą, drudzy przychodzą, ale ten człowiek w tym biznesie będzie zawsze. Williams uparcie powtarza, że nigdy nie tknął alkoholu, nie palił papierosów, ale wyścigi zawsze były dla niego rodzajem narkotyku, od którego się całkowicie uzależnił. A nałóg czasami dawał Williamsowi ostre kopniaki. Dwaj przyjaciele zginęli w jego bolidach. Spadkobierca browarniczej fortuny Piers Courage na początku lat 70., a w połowie lat 90., wielki mistrz i też przyjaciel Ayrton Senna.

Sam Frank, jadąc w 1986 r. z testów F1 w południowej Francji na lotnisko, miał tragiczny wypadek samochodowy. Peter Windsor, dziennikarz i pasażer Williamsa, wyszedł z kraksy bez szwanku. A Williams? Paraliż od ramion w dół. Do dziś porusza się po świecie, doglądając swoich bolidów, na wózku inwalidzkim. Ma prawie 70 lat, brytyjski tytuł szlachecki, w sumie 16 tytułów mistrzowskich w klasyfikacji konstruktorów i kierowców, ale nie odpuszcza. Uzależnienie na całe życie.

 

Wyścigowy Napoleon

O ile Frank Williams kocha przede wszystkim samochody, o tyle Bernie Ecclestone kocha podobno tylko pieniądze. I chyba jest wiele prawdy w paddockowych plotkach, że same wyścigi już podobno Anglika średnio pasjonują.

Ale do rzeczy. Macie dziadków? Który z nich w wieku 80 lat przemierza w ciągu roku całą kulę ziemską i dogląda interesu? Ecclestone o emeryturze nie myśli, bawi się wyścigami jak mały chłopiec (sporo w tym dosłowności, bo ma ledwie 160 cm wzrostu) swoim torem z modelami na baterie.

Bernie zawładnął Formułą 1 i uczynił z wyścigów biznes przynoszący miliardowe zyski, do którego lgną potężne koncerny, gwiazdy i najbogatsi ludzie świata. Sam stoi na czele Formula One Management i Formula One Administration, czyli dwóch organów, które decydują, czym się ścigają kierowcy, kto organizuje wyścigi i kto może się jako partner przyłączyć do gry.

Anglik chce i potrafi zarabiać na wszystkim. W grudniu zeszłego roku został napadnięty i pobity niedaleko siedziby swojej firmy, a napastnicy ukradli zegarek i kosztowności warte ponad 200 tys. funtów.

Reklamy zegarmistrzowskiej firmy ze Szwajcarii z twarzą pobitego Berniego w tle i napisem "Zobacz, co ludzie zrobią dla Hublota" kilka dni później pojawiły się w gazetach. Ot, kolejny marketingowy twardziel z F1. l

Bolid zespołu Franka Williamsa źródło: williamsf1.com
Bolid zespołu Franka Williamsa źródło: williamsf1.com
None
None

Hektolitry drogiego paliwa spalanego w każdy weekend przez pędzące po torze bolidy, piękne kobiety lgnące do facetów w żaroodpornych kombinezonach, masa adrenaliny i smak szampana na koniec. Taka jest Formuła 1. Najbardziej prestiżowa. Najszybsza. Napakowana pieniędzmi seria wyścigów samochodów.

Podziwiamy facetów w fajnie pomalowanych kaskach, którzy ryzykując życie mijają się na torze przy zawrotnych prędkościach. Za kulisami są jednak twardsze sztuki. Doświadczeni, leciwi mężczyźni, którzy sterują tym biznesem. Kilku umieściliśmy w tej opowieści.

Arystokracja wyścigowa

Jeśli mówisz Formuła 1, to myślisz Ferrari. Jeśli mówisz Ferrari, to myślisz Formuła 1. To zależność tak stara, jak pomysł ścigania się po torze. Można jeszcze dodać, że jeśli myślisz o Ferrari, to przed oczami pojawia się wizerunek eleganckiego prezesa Luki Cordero di Montezemolo. Szef wyścigowej firmy to dobro narodowe Włochów i ich lider, choć skrajnie inny od rubasznego premiera Silvio Berlusconiego. Tak długie naz-wiska zawsze oznaczają, że chodzi o kogoś, w czyich żyłach płynie błękitna krew. 63-letni Montezemolo jest potomkiem arystokratycznej rodziny piemonckiej, jednej z najstarszych w kraju, która zawsze manifestowała oddanie dynastii sabaudzkiej. Korzenie szefa Ferrari widać w sposobie bycia i zwyczajach. Zawsze zdecydowany, konsumuje życie ze smakiem. Pewność siebie przelewa na zespół wyścigowy, który też jest przekonany o własnej wyjątkowości.

Montezemolo jest związany z włoskim koncernem Fiata, do którego należy marka Ferrari, od ponad 40 lat. Przeszedł różne szczeble kariery, kierował wieloma projektami. Pracował u boku samego Enzo Ferrari, ciągle jest blisko rodziny Agnellich, która włada turyńskim Fiatem. To były kierowca rajdowy, świetny menedżer, a być może kiedyś również polityk, czego chce spora część włoskich wyborców, zmęczonych podbojami aktualnego premiera.

Dziennik "Financial Times", opisując kiedyś Montezemolo, stwierdził, że Włoch nałogowo używa słowa "fantastycznie". Ferrari jest "fantas-tyczne", włoskie jedzenie jest "fantastyczne", wszystko, czym zachwyca się Montezemolo, jest "fantastyczne".

F1 bez tak "fantastycznego" teamu jak Ferrari byłoby tylko imitacją legendarnej serii wyścigowej. Guru arystokratycznego marketingu nikogo o tym przekonywać nie musi.

Król mocnych puszek

To, co dla Montezemolo było w życiu wszystkim od zawsze, dla Dietricha Mateschitza jest tylko kolejnym sportem, z którym postanowił powiązać stworzoną przez siebie markę napojów energetycznych Red Bull. Ale najwyraźniej pokochał nową zabawę, bo od kilku lat to właśnie w F1 inwestuje najwięcej.

Firma Austriaka kupiła kilka lat temu podupadający zespół Jaguara, zmieniła nazwę na Red Bull i zaczęła pompować w niego pieniądze. Rezultat? Mistrzostwo w klasyfikacji kierowców i konstruktorów zdobyte w zeszłym roku. Red Bull jest też współwłaścicielem drugiej ekipy, włoskiej stajni Toro Rosso, która wychowuje przyszłych mistrzów dla głównej ekipy.

Kim jest tajemniczy Mateschitz? To 66-letni singiel z Fuschl am See w Austrii, który dorobił się fortuny na zmieszaniu substancji pobudzających z cukrem i wodą, a później stworzenia marki popularnej wśród młodych ludzi. Przez wiele lat marketingowy mistrz Mateschitz i jego tajski partner Chaleo Yoovidhya żmudnie inwestowali pokaźną część dochodów ze sprzedaży napojów w sponsorowanie sportów ekstremalnych i wszystkiego, co się wiąże z buzującym adrenaliną lifestylem.

Pomysł Red Bulla okazał się tak skuteczny, że teraz jedyną drogą przedarcia się na rynek napojów energetycznych jest po prostu… inteligentne wzorowanie się na austriackim potentacie. Duże nakłady na sponsoring zwracają się z nawiązką w sprzedaży. CNBC podaje, że w zeszłym roku Red Bull sprzedał na całym świecie ponad cztery miliardy puszek napoju. A koncern ciągle jeszcze nie zawojował chińskiego rynku. Magazyn "Forbes" szacuje majątek Mateschitza na 5 mld dolarów.

Miliarder lubi rozgłos wokół stworzonej przez siebie marki, ale nie lubi rozgłosu wokół siebie. Wywiadów udziela niezwykle rzadko. Znaki rozpoznawcze? Dwudniowy zarost, siwe włosy, szeroki uśmiech, rozpięta koszula i mnóstwo zabawek wokół. Ulubione? Samoloty i bolidy.

Zawodowiec/nałogowiec

W świecie ścigania mamy bohaterów. Dziś to Lewis Hamilton, Sebastian Vettel, Fernando Alonso czy Jenson Button. Kiedyś emocje fanów rozgrzewali z kolei Nigel Mansell, Alain Prost, Ayrton Senna.

Sir Frank Williams był, jest, i pewnie jeszcze trochę pobędzie w cyrku zwanym F1. Kiedyś niezamożny chłopak rozkochany w samochodach, później mechanik, kierowca, zapalony Brytyjczyk przygotowujący wyścigowe auta. Wspólnie z przyjaciółmi stworzył zespół Williams F1, jedną z najbardziej utytułowanych stajni w historii, którą fani wymieniają jednym tchem obok innych legend, takich jak Ferrari czy McLaren.

Jedni odchodzą, drudzy przychodzą, ale ten człowiek w tym biznesie będzie zawsze. Williams uparcie powtarza, że nigdy nie tknął alkoholu, nie palił papierosów, ale wyścigi zawsze były dla niego rodzajem narkotyku, od którego się całkowicie uzależnił. A nałóg czasami dawał Williamsowi ostre kopniaki. Dwaj przyjaciele zginęli w jego bolidach. Spadkobierca browarniczej fortuny Piers Courage na początku lat 70., a w połowie lat 90., wielki mistrz i też przyjaciel Ayrton Senna.

Sam Frank, jadąc w 1986 r. z testów F1 w południowej Francji na lotnisko, miał tragiczny wypadek samochodowy. Peter Windsor, dziennikarz i pasażer Williamsa, wyszedł z kraksy bez szwanku. A Williams? Paraliż od ramion w dół. Do dziś porusza się po świecie, doglądając swoich bolidów, na wózku inwalidzkim. Ma prawie 70 lat, brytyjski tytuł szlachecki, w sumie 16 tytułów mistrzowskich w klasyfikacji konstruktorów i kierowców, ale nie odpuszcza. Uzależnienie na całe życie.

 

Wyścigowy Napoleon

O ile Frank Williams kocha przede wszystkim samochody, o tyle Bernie Ecclestone kocha podobno tylko pieniądze. I chyba jest wiele prawdy w paddockowych plotkach, że same wyścigi już podobno Anglika średnio pasjonują.

Ale do rzeczy. Macie dziadków? Który z nich w wieku 80 lat przemierza w ciągu roku całą kulę ziemską i dogląda interesu? Ecclestone o emeryturze nie myśli, bawi się wyścigami jak mały chłopiec (sporo w tym dosłowności, bo ma ledwie 160 cm wzrostu) swoim torem z modelami na baterie.

Bernie zawładnął Formułą 1 i uczynił z wyścigów biznes przynoszący miliardowe zyski, do którego lgną potężne koncerny, gwiazdy i najbogatsi ludzie świata. Sam stoi na czele Formula One Management i Formula One Administration, czyli dwóch organów, które decydują, czym się ścigają kierowcy, kto organizuje wyścigi i kto może się jako partner przyłączyć do gry.

Anglik chce i potrafi zarabiać na wszystkim. W grudniu zeszłego roku został napadnięty i pobity niedaleko siedziby swojej firmy, a napastnicy ukradli zegarek i kosztowności warte ponad 200 tys. funtów.

Reklamy zegarmistrzowskiej firmy ze Szwajcarii z twarzą pobitego Berniego w tle i napisem "Zobacz, co ludzie zrobią dla Hublota" kilka dni później pojawiły się w gazetach. Ot, kolejny marketingowy twardziel z F1. l