Wojciech Misiąg z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową podkreśla, że za dużo z pensji przeciętnego Polaka państwo zabiera na sferę socjalną. Hamuje to rozwój gospodarki. Obawia się też posunięć rządu mających na celu kontrolowanie rynku.
- Joanna Wrześniewska (Polsat): Był Pan wiceministrem finansów, teraz jest Pan ekspertem Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową i współautorem książki „Na co idą nasze pieniądze”. Jak odpowiedziałby Pan na tytułowe pytanie?
- Wojciech Misiąg (IBnGR): Najpierw na podatki, potem na składki, a na końcu są wydawane. Warto przyjrzeć się budżetowi hipotetycznego pana Nowaka, który płaci na budżet państwa.
- Ile zarabia pan Nowak?
- Bądźmy szczodrzy. Pan Nowak zarabia 3 tys. zł miesięcznie, czyli powyżej średniej krajowej. Jeżeli nie ma zgubnych nałogów, od których trzeba płacić akcyzę, to okazuje się, że z 36 tys. zarobionych w ciągu roku pieniędzy musi oddać na budżet państwa i lokalny, na Fundusz Ubezpieczeń Społecznych i na kasy chorych ponad 13 tys. zł. Mniej więcej 40 proc. tego, co zarobi.
- Ile wydaje na ubezpieczenia społeczne?
- Na ubezpieczenia społeczne i kasy chorych razem wydaje z tych 13 tys. zł blisko 10 tys. zł. I na ogół nie będzie mu się to zwracało. Zaskakująco więc duże są wydatki na sferę socjalną, a symboliczne na to, co w rzeczywistości pcha gospodarkę. Na inwestycje przypadają jedynie dziesiątki złotych przy tych 13 tys. zł, podobnie na kulturę, naukę, badania. To jest skandalicznie mało.
- Jaki wpływ na budżet pana Nowaka mogą mieć wpływ manipulacje przy kursie złotego?
- Manipulacje przy kursie, tak jak wszelkie manipulacje administracyjne w gospodarce, na ogół nie wychodzą nikomu na dobre. Jeżeli pan Nowak ma kredyt walutowy, to denerwuje go mówienie, że złoty jest za mocny. Słabszy — oznacza, że jego kredyt pochłonie większą sumę z pensji.
- Czy premier wie, że złoty powinien być słabszy?
- Premier z pewnością pamięta o tym, że budżet jest zadłużony za granicą na blisko 30 mld USD. Jeśli więc mamy słabego złotego, to z budżetu idzie więcej na spłatę długu, a mniej na drogi, administrację czy wymiar sprawiedliwości.
- Podejrzewa Pan co jest w kopercie ministra Belki?
- Propozycje, które ograniczą rynek. Przez 10 lat pracowaliśmy na to, żeby odejść od gospodarki regulowanej odgórnie. Mamy niezależny bank centralny, wolny kurs dolara, wolne ceny na rynku. I zaczynamy od tego odchodzić.
- Czy uważa Pan, że potrzebna jest wieloosobowa Rada Polityki Pieniężnej, czy też wystarczyłoby, żeby decyzje podejmowała jedna osoba?
- Nie mam zdania. Ważne jest tylko jedno, żeby te decyzje podejmował bank centralny, a nie rząd.