Stocznie szukają pracowników nawet w Azji

Katarzyna Kapczyńska
opublikowano: 2011-09-20 00:00

Gdzie się podziali stoczniowcy z bankrutujących firm z Gdyni i ze Szczecina? Wyjechali do Niemiec i Norwegii.

W październiku w stoczniach w Gdyni i Szczecinie powinni pojawić się syndycy. Firmy muszą zbankrutować, bo Komisja Europejska uznała udzieloną im przed laty pomoc publiczną za nielegalną. Majątek został sprzedany albo wydzierżawiony, a prywatne firmy, które wykorzystują schedę po państwowych bankrutach, mają tak dużo zamówień, że brakuje im rąk do pracy. Chętnych szukają nawet na innych kontynentach. — Zakładaliśmy, że na koniec roku będziemy zatrudniać 1,4- -1,5 tys. osób, a mamy około 1 tys. Moglibyśmy zdobyć tyle zamówień, że w przyszłym roku trzeba by podwoić zatrudnienie, ale nie mamy ludzi do pracy — mówi Andrzej Szwarc, reprezentujący firmę Crist, która kupiła duży dok i znaczną część majątku Stoczni Gdynia. Firma szuka pracowników na całym świecie, sama też próbuje szkolić kadry. — Podpisaliśmy umowy z firmami, które zajmują się szukaniem pracowników. Próbujemy znaleźć chętnych nawet w Korei, Indiach czy na Filipinach. Przy Stoczni Gdynia jest szkoła zawodowa, podjęliśmy z nią współpracę — dodaje Andrzej Szwarc. To zaskakujące, że brakuje pracowników. Niedawno przecież upadła Stocznia Marynarki Wojennej (SMW). — Byłem w urzędzie pracy. Z SMW zwolniono 400 pracowników, ale są to głównie osoby, którym niewiele brakuje do emerytury albo słabo wyszkolone. Nie o takich nam chodzi, zresztą i tak nie garną się do pracy — dodaje Andrzej Szwarc. Przedstawiciele Crista szukali też pracowników w Szczecinie — bezskutecznie,choć na terenie Stoczni Szczecińskiej Nowa (SSN) na razie niewiele się dzieje. Firma Kraftport, która wydzierżawiła główną część jej majątku i w marcu 2012 r. ma rozpocząć działalność, nie odpowiedziała nam, czy również ma problemy z rekrutacją kadr. Zresztą nie tylko firmy działające na majątku upadających stoczni mają kłopoty. Tak samo jest w Stoczni Gdańsk, która uniknęła bankructwa. — Udało nam się ostatnio zatrudnić 130 osób zarówno na umowę o pracę, zlecenie jak i za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej. Potrzebujemy jeszcze 300 osób. Jednak zdobyć pracownika nie jest łatwo — przyznaje Arkadiusz Aszyk, członek zarządu Stoczni Gdańsk. Spółka należy do ukraińskich menedżerów związanych z hutniczym holdingiem ISD, więc w Gdańsku udało się zatrudnić kilkunastu Ukraińców. — Analizowaliśmy też sytuację na rynkach litewskim, łotewskim i rumuńskim, ale stoczniowcy z tych krajów — podobnie jak nasi — wybierają Norwegię lub stocznie niemieckie — mówi Arkadiusz Aszyk. Inaczej na sprawę patrzą byli związkowcy. — Pracownikom proponuje się „śmieciowe” umowy — zlecenia albo pracę tymczasową. Stoczniowcy szukają stabilnego zatrudnienia, a nie „zaczepienia się” na chwilę w dawnej stoczni. Wielu wybiera też pracę za granicą, bo tam w dwa tygodnie zarobią tyle, ile u nas w miesiąc — mówi Jan Gumiński, były szef dawnego Wolnego Związku Zawodowego Pracowników Gospodarki Morskiej w Stoczni Gdynia. — Niedawno widziałem się z jednym ze spawaczy mającym specjalistyczne uprawnienia. Jest ochroniarzem. W zawodzie stałej pracy dla niego nie ma — wtóruje Krzysztof Fidura, były szef Solidarności w SSN.