Tegoroczne szczyty Rady Europejskiej były kolejnymi kroczkami ku pogłębieniu integracji strefy euro, skutkującego spychaniem na boczny tor państw pozostających przy własnych walutach. Premier Donald Tusk przez długi czas starał się zaklinać rzeczywistość, ale dłużej się już nie da. Zakończona w piątek ostatnia w tym roku zbiórka szefów unijnych państw i rządów uzgodniła tzw. mapę drogową integracji Eurolandu. Chociaż tempo wprowadzania unii bankowej ma być mniejsze, niż oczekiwałaby przede wszystkim brukselska centrala, konkluzje szczytu wytyczają kurs już nieodwołalnie.
Podobnie nieodwołalny jest wspólny budżet Eurolandu.
Dla zmyłki może się na razie jakoś inaczej nazywać, początkowo może obejmować tylko wątek pomocy finansowej dla państw w kłopotach — ale staje się rzeczywistością. Przecież właśnie tak tworzył się obecny budżet całej Unii Europejskiej, najpierw obejmujący wspólną politykę rolną, a później stopniowo obrastający innymi, w tym jakże ważną dla nas spójnością. Krótko mówiąc — od piątku Euroland naprawdę odjeżdża nam już nie tylko deklaratywnie i politycznie, ale decyzyjnie.
Dlatego nieodwołalne staje się również podjęcie wreszcie odkładanej decyzji w sprawie euro przez Polskę. Donald Tusk już raz, na forum w Krynicy Zdroju w roku 2008, niczym iluzjonista wyjął z kapelusza termin przystąpienia — 2011... Po tamtym doświadczeniu obecnie mamy prawo oczekiwać w sprawie przyjęcia unijnej waluty naprawdę poważnej, merytorycznej debaty, a nie wojny na dogmaty.