Trwająca od kilku miesięcy fala spowolnienia gospodarczego w Polsce jest pod jednym względem wyjątkowa. Dotychczas, kiedy światowa gospodarka wpadała w kryzys, przed mocnym tąpnięciem ratował nas zwykle silny rynek wewnętrzny. Tym razem ten mechanizm obronny zawodzi. Konsumpcja w kraju mocno wyhamowała, a inwestycje się kurczą. Oznacza to, że bardziej niż dotychczas jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę koniunktury za granicą.

Skoro wszystkie „krajowe” silniki gospodarki się zatarły, z marazmu może wyprowadzić nas tylko silnik eksportowy. Kluczowy będzie więc rozwój sytuacji w strefie euro. Po pierwsze, jest to nasz główny partner handlowy. Po drugie, właśnie problemy fiskalne strefy euro wywołały obecną falę kryzysu w światowej gospodarce. Dlatego przepytaliśmy ekonomistów o przyszłość Eurolandu.
Lek zaczął działać
Odpowiedzi są krzepiące. Na dziesięciu ankietowanych analityków aż dziewięciu uważa, że strefa euro ma najgorsze za sobą i kryzys fiskalny w obserwowanej niedawno skali raczej nam już nie grozi. „Grecka choroba”, która od 2010 r. przetacza się przez całą południową Europę, powoli wygasa i nie niesie już ryzyka rozpadu Eurolandu.
— Wydaje się, że sytuacja w strefie euro znowu jest pod kontrolą. Do akcji wkroczył Europejski Bank Centralny, rządy państw wprowadzają reformy obniżające zadłużenie publiczne, a gospodarka powoli odbija się od dna. Ryzyko powrotu choroby jest więc coraz mniejsze — mówi Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK. Podobnego zdania jest Tomasz Kaczor, główny ekonomista Banku Gospodarstwa Krajowego.
— Perspektywy dla Eurolandu ciągle są niepewne, ale nieco większe jest prawdopodobieństwo, że sytuacja będzie się poprawiać, niż że niepokoje powrócą — twierdzi Tomasz Kaczor.
Lista strachów
Paradoksalnie, strefa euro ciągle wskazywana jest jednak przez ekonomistów jako potencjalnie największe obecnie zagrożenie dla koniunktury na świecie. Ryzyko nawrotu „greckiej choroby” istnieje i jeśli się zrealizuje, skutki dla gospodarki globalnej i polskiej mogą być bardzo dotkliwe. — Obecnie wszystko idzie w dobrą stronę — Grecja, Hiszpania i Włochy wprowadzają reformy gospodarcze, co poprawia konkurencyjność tych krajów i obniża presję rynków finansowych.
Nadal istnieje jednak ryzyko, że któreś z państw z jakichś powodów, np. społecznych, zawróci z tej drogi. Wówczas powrócą obawy o przyszłość strefy euro, a na rynkach finansowych znowu zrobi się nerwowo. Ryzyko takiego przebiegu zdarzeń niestety ciągle istnieje — uważa Piotr Łysienia, ekonomista Banku Pocztowego. Sporym problemem dla gospodarki światowej w 2013 r. może być też przekroczenie przez dług publiczny USA progu ostrożnościowego, co uruchomiłoby tzw. klif fiskalny (automatyczne podwyżki podatków i cięcia wydatków), wpędzając amerykańską gospodarkę w kolejną recesję.
— To jest dość duże i realne zagrożenie. Nawet jeśli w najbliższych dniach kongres się porozumie i podniesie limit zadłużenia, kupi jedynie trochę czasu. Dług będzie dalej rósł i problem klifu fiskalnego jeszcze powróci — uważa Tomasz Kaczor. Według ekonomistów, napięcia związane z klifem nie będą jednak tak groźne dla światowej gospodarki jak ewentualny powrót obaw o jedność strefy euro.