Studenci nadal lubią Stany Zjednoczone

Dorota Gąsowska
opublikowano: 2005-02-24 00:00

Polscy studenci realizują ideę programu work & travel. Po zakończeniu kilkumiesięcznej pracy w restauracji czy hotelu, większość wyrusza w podróż po USA.

W ubiegłym roku 20 tys. polskich studentów wzięło udział w programie work & travel. Polacy mają w nim najsilniejszą reprezentację. Oprócz studentów z państw Europy Środkowej i Wschodniej, zarobkowe wyjazdy popularne są wśród młodzieży z Australii, RPA i Anglii.

Wraz z przystąpieniem Polski do UE konkurencją dla wyjazdów do USA stały się wyprawy do krajów Europy Zachodniej. Dotychczas trzy państwa: Irlandia, Wielka Brytania i Szwecja, zgodziły się przyjmować bez ograniczeń Polaków do legalnej pracy. Jednak, zdaniem zwolenników wyjazdów do Ameryki, najczęściej praca oferowana w Europie nie daje możliwości rozwoju zawodowego ani doskonalenia znajomości języka. Przykładowo w Wielkiej Brytanii studentom proponuje się nawet pracę w fabryce, a to zupełnie zaprzecza idei work & travel.

Krok pierwszy: wiza

Osoby chętne do wzięcia udziału w programie najpierw przechodzą rozmowę kwalifikacyjną w firmie organizującej wyjazd. W Business Travel Club na 1,6 tys. chętnych w ubiegłym roku odrzucono 15-20 osób. Najczęstszym powodem jest niespełnienie podstawowych warunków.

— Pierwszym z nich jest status studenta. Ci z piątego roku muszą przedstawić w ambasadzie amerykańskiej zaświadczenie, że po powrocie przystąpią do obrony pracy magisterskiej. Student, tak jak każdy starający się o wizę amerykańską, musi udowodnić, że wróci do Polski — mówi Daniel Kosiński, koordynator programu work & travel w Business Travel Club.

Według Macieja Śpiewaka, koordynatora marketingu w firmie CCUSA, konsulat odrzuca około 1 proc. wniosków wizowych. Najczęstszą przyczyną jest nieznajomość języka angielskiego. Ponadto zdarza się, że studenci ukrywają, iż brali udział w loterii wizowej. Na tej podstawie konsul może przypuszczać, że kandydat do udziału w programie work & travel zamierza wyemigrować, a to może być powodem do odmówienia wydania wizy.

Krok drugi: pieniądze

Za wyjazdem do UE przemawiają niższe koszty na starcie. Bilet lotniczy do Londynu można kupić nawet za 100 zł. Lot za ocean oznacza zaś wydatek około 500 USD. Studenci, aby ograniczyć koszty podróży, często wyjeżdżają na przełomie maja i czerwca, jeszcze przed rozpoczęciem sezonu wakacyjnego i wracają w październiku, już po jego zakończeniu.

— To prawda, że podróż do Stanów jest droższa niż do państw Unii. Jednakże dzięki legalnej pracy ta inwestycja szybko się zwraca. Ponadto za oceanem koszty utrzymania są zdecydowanie niższe niż w Europie Zachodniej. W Stanach można wynająć mieszkanie za 200-250 USD miesięcznie. W Wielkiej Brytanii normą jest cena w granicach 500 USD. Odpowiednio tańsza w USA jest też żywność i paliwo — przekonuje Michał Wrodarczyk, prezydent Student Adventure.

Zanim jednak przyjdzie czas na opłacanie lokum w USA, należy ponieść koszty samego uczestnictwa w programie. Cena kształtuje się w okolicach 1,6 tys. USD. Jeśli student sam szuka pracodawcy, koszt wyjazdu jest nieco niższy. Przy wyborze organizacji należy zwrócić uwagę, czy cena uwzględnia koszt ubezpieczenia i przelotu. Niekiedy umowa zawiera kontrakt na bilet lotniczy, ale nie określa jego ceny. Dodatkowo studenci muszą zabrać za ocean co najmniej 475 USD (niekoniecznie w gotówce).

Krok trzeci: przygoda

Jak wynika z badań Student Adventure, aż 68 proc. studentów podejmuje w USA dodatkową pracę. Najbardziej lubiane przez młodych Polaków są te zajęcia, które przynoszą dodatkowe dochody w postaci napiwków. Jest to przede wszystkim praca w restauracjach, hotelach i kasynach. Studenci zarabiają 6-10 USD za godzinę. Z napiwkami może to być nawet 15 USD za godzinę.

— Mimo konkurencji ze strony krajów UE, nie przewidujemy w tym roku spadku zainteresowania wyjazdami w ramach work & travel — mówi Daniel Kosiński.

Zwłaszcza że w tym roku program obejmuje większą grupę młodych ludzi.

— Obecnie udział w nim mogą brać także osoby studiujące zaocznie i wieczorowo. Poza tym, w ubiegłych latach jedynie 10 proc. osób, które już wyjeżdżały na work & travel w poprzednich edycjach, mogło wziąć udział w programie kolejny raz. Teraz już nie ma takich ograniczeń — mówi Michał Wrodarczyk.