Success story

07-09-2012, 13:01


Firma Invento opracowała produkt, który może zrewolucjonizować branżę spożywczą

Liczba klientów usługi Kardiotele i E-Kardiolog
Wyświetl galerię [1/2]

Liczba klientów usługi Kardiotele i E-Kardiolog

– a konkretnie opakowania produktów - plastikową puszkę z tworzywa PET, która może być przezroczysta i przybierać dowolne kształty, na przykład kieliszka do wina. Wynalazek został już opatentowany w 90 krajach.

Puszka z fantazją

Opakowania te są produkowane, podobnie jak plastikowe butelki - z preform. Co pozwala ograniczyć nie tylko koszty transportu, ale i składowania opakowań. Puszki aluminiowe przewożone są w formie gotowej czyli z powietrzem i tak samo są składowane. Z kolei puszki PET mogą być produkowane z preform w zakładzie rozlewniczym. Jak szacuje Invento - zapewnia to nawet siedmiokrotne oszczędności. Dodatkowo każde opakowanie niezależnie od marki jest produkowane z jednego typu preformy, a to gwarantuje producentowi uniezależnienie się od wahań popytu sezonowego na markę, ceny producenta opakowania i jego możliwości produkcyjnych.

- Pracując nad puszką PET przyświecała nam myśl o stworzeniu opakowania dostosowanego do parku maszynowego producentów napojów. Nasze opakowanie nadaje się do zastosowania na standardowych liniach rozlewniczych do puszek. Puszka jest zamykana w procesie podwójnego zawalcowania deklem aluminiowym – dokładnie tak samo, jak w przypadku puszek aluminiowych. Każdy producent, który dysponuje dzisiaj linią do rozlewu w puszki aluminiowe może zastosować z powodzeniem nasze opakowanie – zapewnia Jacek Gnich, członek zarządu Invento.

 

Spółce udało się uniknąć błędów poprzedników, którzy pracowali nad stworzeniem puszki PET. Głównym problemem była stosowana technologia cięcia rozdmuchanego plastiku. Powstała w ten sposób puszka była nieszczelna.

- My zastosowaliśmy metodę dwustopniowego rozdmuchu z jednoczesnym rozciąganiem z półfabrykatów w postaci preform z wtryskiwanym kołnierzem zamykanym deklem aluminiowym. Szczelne zamknięcie uzyskaliśmy dzięki uformowaniu cienkiego kołnierza już na etapie wtrysku preformy – tłumaczy Jacek Gnich.

Trudne realia

Firma powstała w 2004 r. Wtedy też zgłosiła się do funduszu BBI Capital NFI i otrzymała kapitał na realizację pomysłu. Jednak rzeczywistość biznesowa okazała się trudniejsza niż ktokolwiek przypuszczał. Dopracowanie technologii, stworzenie poprawnego modelu biznesowego oraz testy gotowego produktu zajęły znacznie więcej czasu i pochłonęły więcej funduszy niż początkowo szacowano. Pierwsze sukcesy przyszły w 2011 r. – wtedy na polski rynek udało się wprowadzić pół miliona sztuk plastikowych puszek. Na 2013 r. zamówionych jest już 11 milionów.

- Z prognozami jesteśmy bardzo ostrożni, to branża, w której wzrosty odbywają się skokowo, często w tysiącach procent. Rozwiązanie jest bardzo innowacyjne dlatego klienci są początkowo ostrożni, testują produkt, po czym widząc szerokie możliwości zamawiają już na dużą skalę – mówi Jacek Gnich.

Firmie dwukrotnie udało się zdobyć dotację z Unii Europejskiej. Wartość projektów to 4,5 mln zł i 3,2 mln zł. Unijne wsparcie umożliwiły poszerzenie oferty produktowej. Teraz Invento pracuje nad przystosowaniem puszki PET do produkcji  w technologii gorącego nalewu.

Debiut za oceanem

Invento współpracuje z klientami na dwa sposoby. Po pierwsze dostarcza im gotowe puszki. Klient nie ponosi więc nakładów na technologię. Drugi model wiąże się z inwestycją w maszynę rozdmuchową, służącą do rozdmuchu preform do puszek PET, dzięki której producent napojów sam wytwarza opakowania w zakładzie produkcyjnym bezpośrednio przed dokonaniem rozlewu. W tego typu modelu biznesowym można uzyskać niższą cenę opakowania i oszczędzić na kosztach transportu i magazynowania.

W tym momencie w polskich sklepach można znaleźć cztery produkty w puszkach PET firmy Invento. A już za kilka tygodni na półki sklepowe trafią kolejne dwa. W tej chwili to głównie napoje, ale Invento nie wyklucza możliwości zastosowania swoich opakowań w sektorze spożywczym (np. orzeszki ziemne) a w przyszłości w produkcji aerozoli. Puszka PET spotkała się już z zainteresowaniem Szwedów, a ostatnio spółka rozpoczęła rozmowy z pierwszym klientem w Stanach Zjednoczonych. Za ocean już wkrótce trafi 200 tys. testowych opakowań.


Work Service od 12 lat znajduje pracę Polakom. Teraz szykuje się na podbój nowych rynków.

W roku, w którym coraz głośniej mówi się o tym, że kryzys nie ominie Polski 24-procentowy wzrost przychodów to nie lada sukces. Dla firmy Work Service– historyczny. W pierwszym półroczu 2012 r. przychody firmy wzrosły do 353,5 mln zł, a zyski sięgnęły poziomu 9,11 mln zł. Dobre wyniki finansowe spółki oraz świetne rokowania branżowe pozwoliły firmie bez problemu pozyskać inwestorów. Wśród znalazł się fundusz BBI Capital NFI, który w ubiegłym roku zdecydował się na zwiększenie swojego zaangażowania kapitałowego w spółkę. Następnym krokiem było pozyskanie kapitału z giełdy. - Obecny rok jest dla nas przełomowy, bo nie dość, że uczestniczyliśmy w dwóch debiutach na GPW, to jeszcze notujemy najlepszy wynik w historii naszej firmy – podkreśla Tomasz Hanczarek, prezes Work Service. Spółka działa w branży zarządzania zasobami ludzkimi. Poszukuje i rekrutuje wykwalifikowanych pracowników, zajmuje się doradztwem personalnym, pełnym outsourcingiem funkcji związanych z zarządzaniem kadrami i procesami pomocniczymi w przedsiębiorstwach, oferuje także rozwiązania oparte o wykorzystanie umów o pracę tymczasową. 4 tys. zł na starcie Firma powstała pod koniec lat 90. w czasach, w których outsourcing był obcym słowem, a praca tymczasowa zjawiskiem nieznanym. W Polsce działały wtedy głównie międzynarodowe korporacje. Tomasz Hanczarek wraz z dwoma kolegami postanowili namieszać nieco na rodzimym rynku. Firmę założyli jeszcze jako studenci. Działalność na uczelni i kontakty z samorządami studenckimi ułatwiły realizację pierwszych biznesowych projektów. - Na starcie naszej działalności mieliśmy 4 tys. zł, dużo zapału i marzeń o osiągnięciu sukcesu. To zaowocowało pierwszymi zleceniami, aż pojawił się duży kontrakt w postaci współpracy z siecią Praktiker. W ostatnich latach weszliśmy w nowy cykl rozwoju firmy, który wpłynął na znaczące poszerzenie naszej oferty usług. Od pięciu lat Work Service jest największą polską firmą HR, która posiadając ponad 2 tys. klientów buduje najnowsze produkty rekrutacyjne, outplacementowe oraz doradcze. W ramach przyjętej przez nas strategii stawiamy na utrzymanie dynamiki pozyskiwania nowych klientów, lojalność posiadanego portfela klientów oraz rozwój do powstających nisz na rynku HR poprzez ich wyszukiwanie lub tworzenie, aż po aktywną konsolidację rynku pracy w Polsce – mówi Tomasz Hanczarek. Nowe rynki Work Service był pierwszą spółką z sektora usług personalnych, która zadebiutowała na giełdzie. Na warszawski parkiet firma weszła w II kwartale tego roku. Upubliczniła 5 mln akcji i dzięki zdobytemu kapitałowi przejęła spółkę IT Kontrakt, specjalizującą się w leasingu informatyków i programistów. Takie akwizycje mają umożliwić Grupie Kapitałowej Work Service wejście na nowe rynki. Zamierza ona oferować usługi specjalistów IT w Polsce, Niemczech i Europie Środkowo-Wschodniej. Na początku roku powiększyła ponadto swój portfel o spółkę Baby&Care, zajmującą się dostarczaniem wyspecjalizowanych opiekunek i personelu medycznego dla klientów indywidualnych. W tym roku obligacje Work Service pojawiły się też na rynku Catalyst. Po 12 latach obecności na polskim rynku dzięki Work Service każdego roku pracę znajduje niemal 150 tys. osób w ponad 2 tys. miejsc pracy. Spółka jest partnerem takich firm jak m.in.: Orange, VW, Reckitt-Benckiser, Canal+, Allianz, GM i Kraft. W 2012 roku oddziały Grupy Work Service pojawiły się na dwóch nowych rynkach: w Bułgarii i Turcji. Działa ona również na najważniejszych rynkach w Europie Środkowo-Wschodniej w Rosji, Niemczech, Czechach, Słowacji i na Ukrainie.

Simplum wymyślił zwierzęcy PESEL

Spółka z Gliwic rozwiązała odwieczny problem hodowców.  Z opracowanego przez nią systemu korzystają głównie Niemcy, teraz czas na Polskę.

Identyfikacja zwierząt, w szczególności świń, od zawsze stanowiła problem dla hodowców. Nie mają one bowiem żadnych cech szczególnych, które pozwoliłyby odróżnić jednego osobnika od drugiego. Zgodnie w wymogami unijnymi oznaczane są więc przez właściciela kolczykiem z wygrawerowanym numerem gospodarstwa. Taka metoda pozwala jednak zidentyfikować stado, a nie pojedyncze osobniki.

– To powoduje, że hodowca ma duży problem z precyzyjnym zarządzaniem życiem zwierzęcia i informacjami na jego temat. Od narodzenia świni do powstania szynki, zwierzę, a później mięso jest pod kontrolą wielu podmiotów: hodowców, którzy zajmują się rozrodem, specjalistów od hodowli prosiąt i tuczenia, rzeszy weterynarzy, a kończąc na ubojniach i zakładach mięsnych. Informacje o zwierzęciu są rozproszone między nimi – tłumaczy Tomasz Szymański, prezes Simplum.


Autorski system

Zarządzana przez niego spółka znalazła rozwiązanie. Do identyfikacji pojedynczych zwierząt wykorzystała technologię RFID, stosowaną w wielu branżach, np. w logistyce. Jak to działa? Produkt wchodzący do magazynu ma dołączony chip. Pracownik przejeżdża przez bramkę skanującą i automatycznie pozyskuje jego dane. Na co dzień technologia ta wykorzystywana jest w sklepach, których właściciele chronią się przed kradzieżami zakładając chip na towar handlowy – jeżeli nie został zdjęty przez sprzedawcę to powoduje reakcję bramek przy wyjściu. Simplum wykorzystało RFID i stworzyło autorską technologię SLIDE (System for Livestock Information and Data Exchange).

Oprócz tego spółka wykorzystuje autorski system indywidualnego znakowania zwierząt hodowlanych o nazwie ELIR (Electronic Individual Registration).


Rozwiązanie opracowane przez Simplum pozwala na zapisanie informacji o każdym zwierzęciu osobno - o paszach, jakimi było karmione czy chorobach, jakie przeszło, a ponadto umożliwia odczyt tych informacji za pomocą chipa.

- Wykorzystanie technologii SLIDE pozwala zwiększyć zarówno jakość produkcji, jak i bezpieczeństwo konsumenta, gdyż możliwe jest dokładne określenie skąd pochodzi zwierzę oraz jaka jest jego historia. Tworzy się logiczny ciąg informacyjny, dostępny dla wszystkich użytkowników. Dzięki temu hodowla jest transparentna, a hodowca uzyskuje możliwość celowego zarządzania wszystkimi procesami związanymi z produkcją zwierząt i mięsa przy jednoczesnej optymalizacji kosztów. Już dziś potrafimy precyzyjnie oszacować wartość osiąganych oszczędności dzięki wykorzystywaniu SLIDE Technology w procesach wewnętrznych – mówi Tomasz Szymański.


W błyskawicznym tempie

Zanim jednak potencjalni odbiorcy technologii Simplum poznali jej zalety, firma musiała pokonać trudną drogę. Tomasz Szymański i pozostali dwaj wspólnicy - Maciej Cylupa i Dieter Kuechler, przez dwa lata poszukiwali partnera branżowego wśród niemieckich potentatów technologicznych. Nie udało się. Gdy projekt stanął pod znakiem zapytania pomysłem firmy zainteresował się fundusz BBI Seed Fund współtworzony przy udziale kapitału Krajowego Funduszu Kapitałowego.  Już po trzech miesiącach Simplum dostała wsparcie kapitałowe.

– Byliśmy już dobrze przygotowani – a przynajmniej tak nam się wydawało - mieliśmy projekcje finansowe i pomysł na funkcjonowanie i rozwój firmy. Jednak o procedurach inwestycyjnych nie mieliśmy pojęcia. Przez wszystkie etapy zostaliśmy przeprowadzeni „za rękę”. Ludzie z funduszu pomogli nam dopracować biznes plan, sposoby komercjalizacji oraz sam model biznesowy. Razem ustalaliśmy tzw. mile stones, czyli etapy osiągania założonych celów, z których teraz stopniowo zaczynamy być rozliczani. To był nasz pierwszy kontakt z funduszem, ale wydawało nam się, że rozmowy toczą się błyskawicznie. Procedurę rozpoczęliśmy na początku grudnia ubiegłego roku, a pod koniec lutego bieżącego roku wszystko było już załatwione – mówi prezes Szymański.

W krótkim czasie Simplum nawiązała współpracę z Toennies Fleisch - gigantem mięsnym, który kontroluje ok. 30 proc. niemieckiego rynku i jest jednym z liderów w Europie. Podstawowym rynkiem docelowym dla spółki jest rynek niemiecki, przede wszystkim ze względu na jego strukturę  -  jest on zdominowany przez dużych hodowców, którzy mają od 15 tys. do nawet 300 tys. zwierząt. Teraz spółka wspierana przez fundusz stara się podbić inne rynku europejskie.  Wchodzi także na rynek polski, gdzie struktura hodowli jest znacznie bardziej rozproszona i mniej podatna na wdrażanie nowoczesnych rozwiązań.

Czas na mobilne e-zakupy

Case study: Listonic aplikacją do robienia zakupów chce podbić Polskę i USA


Stworzyli mobilną aplikację, kiedy telefony przypominały jeszcze dyktafony, teraz pracują nad rozszerzeniem jej o nową usługę, za pomocą której chcą namieszać nie tylko na polskim, ale i amerykańskim rynku.  Zespół Listonica – mobilnej listy zakupów od trzech lat wyprzedza trendy i podąża za najnowszymi technologiami. Z aplikacji korzysta dziś 230 tys. użytkowników. Jest darmowa, działa na iPhone’ach i telefonach z Androidem, obsługuje też oprogramowania innych najnowszych smartfonów.
- Jesteśmy jednym z niewielu polskich start-upów, który zarabia realne pieniądze w branży mobilnej. Od lat mówi się o rewolucji w tym sektorze i faktycznie z aplikacji mobilnych korzystają miliony, tymczasem ciągle przekucie tego w stabilny biznes pozostaje bardzo dużym wyzwaniem. W tym roku chcemy być rentownym serwisem, co w świecie start-upów wcale nie jest takie łatwe – podkreśla Filip Miłoszewski, członek zarządu Listonica.

Niemałe wyzwanie
Firma jest spółką portfelową funduszu BBI Seed Fund, który w 2009 r. zdecydował się zainwestować w pomysł aplikacji umożliwiającej tworzenie list zakupów w telefonie.
- Dostaliśmy pieniądze trzy lata temu kiedy nikt praktycznie nie rozumiał tego pomysłu. To była odważna decyzja – mówi Filip Miłoszewski.
Spółka zarabia głównie na reklamach i różnej formie współpracy np. z sieciami hipermarketów. Reklamodawcom proponuje promocję dopasowaną do potrzeb użytkowników, czyli ich potencjalnych klientów.
- Sprzedaż reklamy mobilnej markom FMCG jest niemałym wyzwaniem, gdyż w Polsce ciągle mamy niewielu graczy na tym rynku - z tego też powodu takie kampanie często nie wpisują się w standardowe plany domów mediowych. Nam się to jednak udaje. Gdy wiemy, że nasz użytkownik chce kupić mleko – pokazujemy mu reklamę tego produktu, podprowadzamy go niemal pod półkę konkretnego producenta. Naszą inspiracją był AdWords Google’a, czyli reklamy, które wyświetlają się wraz z wynikami wyszukiwania. Listonic zapamiętuje ponadto historię zakupową, więc jeśli pojawiają się w niej np. pieluszki, to reklamodawca może wyciągnąć wniosek, że użytkownik kupi je po raz kolejny. Współpracujemy też z polskimi sieciami hipermarketów i zarabiamy na ofertach promocyjnych – mówi Filip Miłoszewski.
Aplikacja pozwala przejść z listy zakupów do ofert promocyjnych sklepów. Przycisk „Promocja” pojawia się przy konkretnych produktach, po  jego wybraniu użytkownik jest przenoszony na stronę marketu, który w danym momencie oferuje klientom okazyjne ceny wybranych produktów. Źródłem informacji o promocjach są gazetki hipermarketów.
- Do tej pory nie były one prawidłowo zdigitalizowane, w internecie krążą wersje w  PDF, mało wygodne dla użytkowników. My natomiast łączymy się technologicznie ze sklepami, pobieramy dane z gazetek i dostosowujemy je do listy zakupów. Użytkownik może w każdej chwili sprawdzić, jakie promocje oferują poszczególne markety – wyjaśnia Filip Miłoszewski.

Zakupy od października
Obecnie Listonic współpracuje z czterema znanymi sieciami marketów, w tym roku do tej listy mają dołączyć jeszcze dwie. Spółka wykorzystuje też popularność blogerów kulinarnych - ponad 500 prowadzonych przez nich serwisów ma na swoich stronach umieszczone przyciski „Zamień na listę zakupów”, za pomocą których przepis wyświetla się na telefonie użytkownika jako lista potrzebnych składników.
Z Listonic korzystają też aplikacje z przepisami znanych marek – producentów żywności, w których konkretne przepisy można zamieniać na listy zakupów. Poszczególne produkty są kategoryzowane w taki sposób, by było je łatwiej odnaleźć na sklepowej półce.

Teraz spółka pracuje nad aplikacją do robienia zakupów. Prace są na tyle zaawansowane, że powinna ona zadebiutować już w październiku. Użytkownik spośród dostępnych lokalizacji będzie mógł wybrać sklep umożliwiający zakupy przez internet, wybrać produkty – w czym pomoże interfejs przypominający sklepowe półki, ustalić termin dostawy oraz sposób płatności i dokonać zakupów.
- Można w ten sposób robić zakupy czekając w kolejce na poczcie czy wracając z podróży. Tego samego dnia lądują one w domu użytkownika, można je też odebrać w sklepie. Chcemy stworzyć dużą listę sklepów, tak aby użytkownicy mieli duży wybór. Na razie aplikacja będzie działać na iPhone’ach i telefonach z Androidem, a w niedalekiej przyszłości także i na iPadach – zapowiada Filip Miłoszewski.
Jeżeli firmie uda się w tym roku osiągnąć rentowność, to w niedalekiej przyszłości z aplikacją zakupową wejdzie do Stanów Zjednoczonych.
- Byliśmy niedawno w Dolinie Krzemowej zrobić rozeznanie oraz zdobyć kontakty. Wiemy, że trudno byłoby podbić tamten rynek samą listą zakupów, bo konkurencja jest spora, natomiast robienie zakupów za pomocą aplikacji mobilnych to na tamtym rynku coś zupełnie świeżego, świetnie wpisującego się w aktualne trendy. Dlatego właśnie z tą funkcjonalnością chcemy wejść na rynek amerykański – tłumaczy Filip Miłoszewski.

Biznes kardiologiczny czyli Telemedycyna Polska

Dobry pomysł na biznes może przyjść w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Tak było właśnie w przypadku Telemedycyny Polskiej, kiedy w 2005 roku dr Mercik przedstawiła Ireneuszowi Plaza, obecnemu Prezesowi Zarządu Spółki, pomysł na biznes kardiologiczny. W Śląskim Centrum Chorób Serca opolska spółka posiadająca sieć aptek oferowała pacjentom szpitala usługę Kardiotele czyli całodobowego, telefonicznego nadzoru kardiologicznego wraz z wykonywaniem badań EKG przez telefon z dowolnego miejsca na świecie. Przejęcie tej usługi pod nowoutrworzoną przez Ireneusza Plaza spółkę Śląskie Centrum Telemedycyny w ramach współpracy ze szpitalem oraz ok. 200 aparatami EKG było zalążkiem aktualnego lidera rynku telekardiologii w Polsce.

Na start wystarczyło 50 tys. kapitału zakładowego i inwestycja własna Prezesa Zarządu ok. 150 tys. złotych. Potem zaczęło się  badanie dobrych wzorców z Izraela i Stanów Zjednoczonych oraz budowanie własnej strategii. Stworzono ofertę dla Pacjentów z całej Polski, rozpoczęto zmiany w obsłudze klienta. Przede wszystkim pracowano nad poprawą jakości obsługi pacjentów, wdrożeniem innowacyjnych systemów telemedycznych, co zaowocowało wysoką jakością świadczonych obecnie usług oraz 100% skutecznością w natychmiastowej pomocy pacjentom.

Po porządkach operacyjnych przyszedł czas na dalszy rozwój. Inwestycje z kapitału własnego oznaczały powolną drogę i małe możliwości. Dlatego w 2007 roku Prezes zdecydował się na poszukiwanie inwestora indywidualnego. Z czterech konkretnych ofert wybrał tę najmniej korzystną finansowo, która oznaczała oddanie aż 60% akcji. Na decyzji zaważyły aspekty niefinansowe – doświadczenie Szymona Buli, obecnego Wiceprezesa Spółki, w sprzedaży usług abonamentowych, organizacji call center i telemarketingu oraz jego zaangażowanie w pomysł i spółkę. Biznes przerodził się w przyjaźń i wspólne pasje na gruncie prywatnym i zawodowym.

Nowe cele i wyzwania przyniosły nowe potrzeby. W 2010 roku okazało się, że potrzebna jest kolejna faza inwestycyjna. Tym razem postawiono na inwestora instytucjonalnego. Rozpoczęły się rozmowy z BBI Seed Fund.

- W tamtym czasie potrzebowaliśmy poważnego kapitału więc szukaliśmy inwestora instytucjonalnego, - mówi Ireneusz Plaza Prezes Telemedycyny Polskiej S.A.-  jednak nasza wycena spółki była relatywnie wysoka. Mieliśmy pewność, że osiągniemy sukces biznesowy może dlatego stawialiśmy tak twarde warunki.

Do transakcji nie doszło. Jednak kilka miesięcy później wrócono do rozmów. Tym razem z sukcesem. Spółka przeprowadziła prywatą emisję akcji o wartości 1,4 mln zł, z czego znaczną część objął BBI Seed Fund otrzymując również miejsce w radzie nadzorczej spółki.

W tym samym roku Telemedycyna Polska S.A. zadebiutowała na  rynku NewConnect Warszawskiej Giełdy Papierów Wartościowych.

Dokapitalizowanie spółki przez fundusz venture capital pozwoliło umocnić pozycję firmy jako lidera rynku telekardiologicznego. Dzięki pozyskaniu zewnętrznego finansowania spółka dokonała m.in. akwizycji konkurencyjnej  firmy CNK Kardiofon Sp. z o.o. Wejście kapitałowe funduszu było też impulsem dla innych instytucji finansowych do inwestycji w spółkę. Bezpośrednio po debiucie giełdowym wśród akcjonariuszy posiadających powyżej 5% akcji ujawnił się PZU Asset Management S.A.

Posiadanie w akcjonariacie inwestorów instytucjonalnych jest silnym sygnałem dla rynku - uwiarygodnia spółkę wśród kontrahentów i  partnerów biznesowych oraz pozostałych inwestorów, co w konsekwencji przekłada się pozytywnie na możliwości rozwoju jej działalności biznesowej oraz funkcjonowania na rynku kapitałowym - twierdzi Ireneusz Plaza, Prezes Telemedycyny Polskiej S.A. - Dzięki współpracy z BBI Seed Fund pozyskaliśmy środki, które umożliwiły nam rozwój oraz pozwoliły konsekwentnie realizować przyjętą strategię. Przede wszystkim ugruntowaliśmy w sposób zdecydowany naszą pozycję, a to z kolei pozwoliło na podjęcie dalszych kroków zmierzających do rozszerzenia zakresu usług i dynamicznego pozyskiwania nowych klientów.

Obecnie oprócz  usługi Kardiotele dla pacjentów indywidualnych, Telemedycyna Polska S.A.  oferuje podmiotom medycznym w całym kraju usługę E-Kardiolog, polegającą na zdalnym opisywaniu badań EKG przez Internet. W sierpniu 2012 r. we współpracy z akredytowanymi przychodniami kardiologicznymi Spółka rozpoczęła świadczenie usługi Kardiotest - oceny ryzyka wystąpienia chorób serca. Trwają prace nad wprowadzeniem diagnostyki zaburzeń rytmu serca – usługi Kardioholter. Telemedycyna Polska S.A. jest także inicjatorem największego ogólnopolskiego programu profilaktyki kardiologicznej Zadbaj o swoje serce! organizowanego nieprzerwanie od 2006 roku w centrach handlowych na terenie całego kraju. W ramach programu wszyscy chętni mogą bezpłatnie wykonać badania EKG oraz skonsultować się z lekarzem specjalistą.

Spółka systematycznie zwiększa liczbę klientów korzystających z usług i utrzymuje dynamiczny wzrost przychodów.

W ramach usługi Kardiotele liczba klientów zwiększyła się do 7096 na koniec II kwartału 2012 roku co oznacza wzrost o 47% r/r. Z łącznej liczby 7096 klientów 6821 stanowili klienci indywidualni (osoby prywatne), a 275 firmy. Dynamika wzrostu liczby klientów usługi E-kardiolog w analogicznym okresie wynosi 94%.

Telemedycyna Polska S.A. w 2011 r. osiągnęła wzrost przychodów ze sprzedaży o 78% wobec roku 2010 r., II kwartał br. zakończyła wzrostem przychodu o 46% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku.

Telemedycyna Polska S.A. jest pionierem branży telemedycznej z ofertą usług dostępną na terenie  całej Polski. Specjalizuje się w usługach telekardiologicznych za pośrednictwem telefonu oraz Internetu. Spółka posiada własne Centrum Monitoringu Kardiologicznego, w którym pracują lekarze z wieloletnim doświadczeniem z zakresu nieinwazyjnej diagnostyki kardiologicznej zdobytym podczas pracy na renomowanych oddziałach kardiologicznych. Jako lider rynku telemedycznego w Polsce, spółka znacząco wpływa na jego rozwój.

BBI Seed Fund jest funduszem o kapitalizacji docelowej 60 mln zł finansowanym w połowie przez Krajowy Fundusz Kapitałowy. BBI Seed Fund realizuje inwestycje w wysokości do 1,5 mln EUR w projekty znajdujące się we wczesnych fazach rozwoju (seed, start-up i ekspansji) z różnych branż wykorzystujących innowacyjne technologie lub rozwiązania organizacyjne.  W swoim portfelu BBI Seed Fund ma już 7 inwestycji.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Świat / Success story