Chronią domy i własny wizerunek. Na plakatach mówią „Nam można skraść tylko pocałunek”. Nie chcą obrazka uzbrojonych osiłków z łysymi głowami.
15 lat na karku, zaufanie 30 tys. klientów. A zaczynali skromnie.
— Pierwszą siedzibą firmy było moje mieszkanie. Zaraz po studiach ekonomicznych postanowiłem rozkręcić biznes. Postawiłem na usługi ochroniarskie — mówi Ryszard Kaliński, założyciel Juwentusa.
W czasie studiów Kaliński dorabiał jako ochroniarz, potem, jako pierwszy student w kraju, napisał pracę magisterską na temat polskiego rynku usług ochroniarskich.
— To był mój konik, a dzięki temu, że znałem fach ochroniarza jak własną kieszeń, zaoszczędziłem czas potrzebny na rozeznanie się w branży. Od razu przeszedłem do działania — wspomina Kaliński.
W 1991 roku skrzyknął kilkunastu kolegów studentów. Stali się pracownikami firmy Juwentus.
— Nie czekałem, aż klienci sami do mnie przyjdą. Wystartowałem w przetargu na ochronę państwowego przedsiębiorstwa — mówi założyciel firmy Juwentus.
I wygrał. Ofertent docenił zasadę działania Ryszarda Kalińskiego — kiedy pracownicy opuszczają firmę, ochrona staje się odpowiedzialnym za wszystko gospodarzem.
— Przedstawiłem szczegółowy plan pracy, niemal instrukcję dotyczącą nadzoru budynku. Jako były ochroniarz wiedziałem, co spędza sen z powiek właścicielom firm. Wykorzystałem tę wiedzę i przekonałem ich, że zadbam o każdy szczegół — wspomina Ryszard Kaliński.
Siła dzięki dobrej opinii
Nośnikiem reklamy Juwentusa byli kolejni zadowoleni klienci.
— Od słowa do słowa, pocztą pantoflową i zaczęliśmy być popularni na rynku — mówi z uśmiechem Ryszard Kaliński.
Dziś Juwentus ochrania m.in. zakłady przemysłowe, np. Sanitec z Koła, salony samochodowe, takie jak warszawskie Opel Nextim czy Renault, osiedla mieszkaniowe, koncerny farmaceutyczne i kosmetyczne, takie jak KRKA i L’Oreal Polska z Pruszkowa, biurowce, banki i siedziby firm w stolicy — Intraco, Nautilius, Platan Park, Centrum Milenium, PKO BP, LOT Catering, Hilti Poland, a także kilkadziesiąt SKOK-ów w całej Polsce.
Skoro mają klientów, to pewnie zasłużyli sobie na dobrą opinię.
— Nigdy nie robiliśmy nic na skróty, nie oszczędzaliśmy na jakości. Dzięki temu mamy koncesję MSWiA i certyfikaty AQAP 2110:2003 oraz normy ISO 9001:2001 — mówi Ryszard Kaliński.
Diabeł tkwi w szczegółach
W sukcesie pomogła też dobra organizacja firmy. Jest w niej siedem sekcji. Pierwsza to centrum szkolenia agentów ochrony, drugą jest dział ochrony fizycznej zajmujący się procesem rekrutacji (m.in. przeprowadzaniem testów psychologicznych), trzecią — dział techniczny dbający o prawidłową instalację i serwis urządzeń, czwartą — centrum monitorowania, piątą — sekcja konwojów, szóstą — zaplecze techniczne zaopatrujące agencję w broń, środki ochrony osobistej, umundurowanie czy sprzęt elektroniczny. Siódma to pion odpowiedzialny za specjalistyczne samochody do transportu pieniędzy i towarów wartościowych.
Firma dba nie tylko o jakość, ale także o wizerunek. A raczej o zmianę stereotypu, w którym ochroniarz to taki z grubsza oswojony bandyta. W wakacje w największych miastach Polski ruszyła kampania billboardowa pod hasłem „Nam można skraść tylko pocałunek”.
— Nie chodzi przecież o to, żeby straszyć widokiem uzbrojonych osiłków z łysymi głowami. Na naszych plakatach pokazaliśmy ochroniarza w dwóch sytuacjach — trzymającego na rękach małe dziecko i z blondynką u boku. Cel był prosty — wzbudzić zaufanie wśród klientów — opowiada założyciel agencji.
Właściciel Juwentusa przyznaje, że pozytywne wyobrażenie o agencjach ochroniarskich psują grupy „ochroniarzy”, kojarzone ze środowiskiem kryminalnym.
— Faktycznie, takich klik jest w Polsce wiele, ale nie należy ich stawiać na równi z wyspecjalizowanymi firmami ochroniarskimi, które mają licencję i zatrudniają wyłącznie osoby niekarane — dodaje Ryszard Kaliński.
Na każdą kieszeń
— 70 proc. ochranianych przez nas obiektów to domy jednorodzinne, należące do tzw. klasy średniej — tłumaczy prezes Juwentusa.
Miesięczny abonament za ochronę domu wolno stojącego to 100 zł. Co klient otrzymuje w zamian? Wystarczy, że wciśnie przycisk w sytuacji zagrożenia, a pod dom w ciągu kilku minut podjedzie załoga interwencyjna. Nawet jeśli alarm był fałszywy, nie trzeba obawiać się dodatkowych kosztów.
— Dwa razy w miesiącu klient ma prawo nawet celowo wywołać alarm próbny, np. żeby sprawdzić czas dojazdu załogi albo działanie pilota antynapadowego — tłumaczy Ryszard Kaliński.
A w planach jest budowa nowych oddziałów regionalnych i ćwiczenie formy przed Pucharem Świata w skokach narciarskich w Zakopanem. Nie — pracownicy agencji nie będą skakać.
— Tak jak od kilku lat, będziemy ochraniać tę imprezę — mówi z uśmiechem Ryszard Kaliński.


