Sukces krajowy i boczny tor w PE

opublikowano: 02-06-2019, 22:00

Wybory do Parlamentu Europejskiego (PE) wzniosły się na szczyt polityczny i frekwencyjny, nieznany analogicznym głosowaniom z lat 2004, 2009 i 2014.

Od tygodnia wyniki są roztrząsane w kontekście krajowym. Dokonywana jest ich projekcja na znacznie ważniejsze wybory do Sejmu i Senatu, które odbędą się przypuszczalnie 20 października 2019 r. W tych okolicznościach ginie jednak sens głosowania z 26 maja — przecież w Polsce wybraliśmy zaledwie 7-procentową cząstkę ogromnego, 751-osobowego PE.

Łukasz Kohut to
jedyny z trojga europosłów Wiosny, który w piątek w Sejmie osobiście odebrał zaświadczenie
o wyborze.
Zobacz więcej

Łukasz Kohut to jedyny z trojga europosłów Wiosny, który w piątek w Sejmie osobiście odebrał zaświadczenie o wyborze. Fot. Andrzej Hulimka

Rezultaty całościowe są bardzo niewygodne dla ekipy tzw. dobrej zmiany w Polsce. Dokładne liczby jeszcze się zmieniają, do inauguracji 2 lipca nastąpią drobne przepływy, podaję zatem stan PE z 1 czerwca. Mimo straty mandatów, na czele mocno trzymają się liderzy — chadecka EPP (Europejska Partia Ludowa) ma 177 europosłów, zaś lewicowy S&D (Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów) 151. Na trzecim miejscu liberałowie, bardzo umocnieni dzięki ekipie Emmanuela Macrona — ALDE (Porozumienie Liberałów i Demokratów na rzecz Europy) ma aż 103 fotele. Daleko za podium znajduje się kolejna trójka: G-EFA (Zieloni — Wolny Sojusz Europejski) z 71 mandatami, EAPN/ENF (Europejski Sojusz na rzecz Ludzi i Narodów) ma 70, zaś ECR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy) 66. Istnieją jeszcze dwie grupki sceptyczno-lewicowe z wynikami 44 i 42, natomiast 27 europosłów na razie nie wskazało grupy.

Delegacja PiS od dwóch kadencji współtworzyła z brytyjskimi konserwatystami grupę ECR. Ostatnio zajmowała ona nawet trzecie miejsce, tymczasem w nowej kadencji została nie tylko strącona przez liberałów, lecz znajduje się na miejscu… szóstym, bardzo daleko za trzymającym wszystkie sznurki w PE podium. Obsadzając 27/52, czyli 51,9 proc. polskich mandatów (uwzględniony jest ostatni, czekający na sfinalizowanie się brexitu) PiS poprawiło rekord PO z 2009 r. która zdobyła wtedy 25/51, czyli 49 proc. PiS jest również czwartą partią w PE, lepsi okazali się tylko zwycięzcy z największych państw, w których dzielono znacznie więcej mandatów — niemiecka CDU/CSU ma 29, brytyjska partia Brexit (znikająca z PE do 31 października) także 29, włoska Liga Północna 28. Krajowe osiągnięcia to jednak złuda, w PE liczą się wyłącznie ponadnarodowe grupy, taki jest przecież sens jego istnienia.

Jednym ze sposobów wzmocnienia siły państwa w PE jest unikanie rozdrobnienia jego europosłów między drugorzędne grupki. Pod tym względem nowa kadencja zapowiada się statystycznie lepiej od poprzedniej. Polska pula 52 mandatów nieźle się skoncentrowała: 27 reprezentantów PiS należy do ECR, 17 z listy KE (w tym 14 z PO oraz 3 z PSL) zasiliło największą EPP, natomiast 8 mandatów (5 SLD z listy KE oraz 3 samodzielnej Wiosny) wzmocniło drugą co do wielkości grupę S&D. Paradoks skrywany głęboko pod dywan przez usłużne wobec tzw. dobrej zmiany media publiczne polega na tym, że w realiach PE niezrównanie większy będzie wpływ decyzyjny europosłów PO, PSL, SLD i nawet Wiosny. Zwycięska w kraju drużyna PiS będzie mogła w Brukseli/Strasburgu osiągnąć w kadencji 2019-24 sukcesy tylko na… mównicy, decyzyjnie zaś czeka ją kompletna marginalizacja. Znalazła się w PE na torze może nie ślepym, lecz bocznym, daleko poza głównym szlakiem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu