Świat wie lepiej, na czym można zarobić

Grzegorz Nawacki
opublikowano: 18-10-2006, 00:00

Inwestowanie w jednostki funduszy zagranicznych nie jest trudne. Nie wymaga też wielkich pieniędzy. Wymaga jednak wielkiej cierpliwości.

„Puls Biznesu”: Czym się różni zagraniczny fundusz inwestycyjny od polskiego?

Dariusz Kazalski, dyrektor Departamentu Centrum Inwestycyjne Deu- tsche Bank PBC: Różnic jest wiele. Począwszy od elementów prawnych, aż po opłaty. Zacznę od kwestii formalnych. Dostępne na polskim rynku fundusze zagraniczne są zarejestrowane poza Polską, najczęściej w Luksemburgu. Inna jest też ich konstrukcja: większość funduszy zagranicznych ma formę subfunduszy. Oznacza to, że zarejestrowany jest jeden fundusz, nazwijmy go głównym, a w jego ramach działają poszczególne subfundusze. Dla towarzystwa oznacza to mniej formalności przy rejestracji, a dla klienta ułatwienia przy zmianie typu produktu. Kończąc kwestie prawne, warto dodać, że zagraniczne fundusze oferowane są w ramach tytułów uczestnictwa, a nie jednostek, jak to ma miejsce w przypadku funduszy polskich. Tytuły uczestnictwa są w pewnych kwestiach bardziej zbliżone charakterem do papierów wartościowych.

Czy to, że fundusz jest zarejestrowany w Luksemburgu, a nie w Polsce, naraża klienta na jakieś ryzyko?

Absolutnie nie. By zacząć działać w Polsce, fundusze muszą notyfikować swą działalność. Nie można więc mówić o jakiejkolwiek anonimowości, a co za tym idzie, ryzyku nieznajomości oferenta czy warunków.

Przejdźmy do kwestii bliższych klientowi. Czy są różnice w polityce inwestycyjnej?

Powiedziałbym, że polityka inwestycyjna czy też kształtowanie strategii stanowi największą różnicę między polskimi a zagranicznymi funduszami. Fundusze zagraniczne oferują w tym zakresie znacznie większe możliwości. Można powiedzieć, że możliwości te są nieograniczone. Podczas gdy w Polsce mamy podstawowy podział: fundusze obligacji, rynku pieniężnego, mieszane i akcyjne, na świecie segmentacja jest dużo bardziej złożona. Fundusze można podzielić według klucza geograficznego — inwestujące w Ameryce Łacińskiej, Azji itp. Do tego dochodzi dywersyfikacja sektorowa, np. spółki zajmujące się rynkiem paliwowym czy wydobywczym.

Różne są również style zarządzania, co najlepiej widać na przykładzie funduszy Franklin Templeton. Ma on 3 typy funduszy z różną filozofią zarządzania: Franklin, który zakłada wypracowywanie zysku w ramach wzrostu wartości dużych, stabilnych spółek, Templeton, który inwestuje w spółki mające większy potencjał rozwoju, ale też nieco zwiększone ryzyko i na koniec Mutual Series, który dąży do zysków przez szukanie tzw. głębokiej wartości (deep value), między innymi inwestując w spółki wychodzące z kryzysów czy będące źródłem przejęć bądź fuzji.

Mimo, że fundusze zagraniczne są bardziej zaawansowane, to pobierają niższe opłaty za zarządzanie. Dlaczego?

W Polsce funkcjonuje system amerykański: wysoka opłata za zarządzenie i relatywnie niska opłata za rozpoczęcie inwestycji. W większości funduszy luksemburskich jest odwrotnie: wyższy koszt ponosi się na wejściu, ale zarządzenie jest tańsze niż w przypadku polskich funduszy. Co warte podkreślenia, fundusze zagraniczne mają kilka typów tytułów uczestnictwa, które różnią się strukturą opłat. Można dostosować ich wybór do długości inwestycji. Klient może wybrać, czy chce ponieść wyższy koszt na wejściu, czy woli płacić więcej za zarządzanie już w trakcie inwestycji. Przy inwestycjach długoterminowych wysoka opłata na wejściu zostanie w pełni zrekompensowana przez niższe opłaty za zarządzenie i dobre wyniki. W przypadku krótkiego terminu wyższa opłata na wejściu mogłaby obniżyć zysk.

Jakie są średnie opłaty w funduszach zagranicznych w Polsce?

Średnia opłata za zarządzanie to 1,5 proc. przy funduszach akcyjnych, 1,75 proc. przy funduszach sektorowych. Manipulacyjna wynosi maksymalnie 5,75 proc.

Z inwestycjami zagranicznymi kojarzy się ryzyko walutowe. Czy inwestujący w fundusze je ponoszą?

Przy wszelkich walutowych operacjach finansowych nie powinno się zapominać o dodatkowym ryzyku kursowym. Większość funduszy oferowanych w Polsce można nabyć w walucie podstawowej i dodatkowej. Warto inwestować w walutę podstawową, inaczej możemy narazić się na wahania kursu. W zależności od waluty podstawowej ten sam fundusz oferowany w USD i EUR przy zmianie kursu eurodolara może mieć znaczną rozbieżność wyników. Oczywiście ryzyko nie zawsze oznacza stratę, może też oznaczać dodatkowy zysk. Z reguły nie należy jednak zakładać, że kurs zmieni się na naszą korzyść i dostaniemy dodatkową premię.

A jeśli klient ma złotówki?

Nie ma funduszy zagranicznych ze złotówką jako walutą bazową. Jeśli kurs złotego będzie się osłabiać — klient otrzyma dodatkowy zysk, jeśli będzie się umacniać — zysk ulegnie redukcji. W uproszczeniu można przyjąć, że autentyczny zysk to stopa zwrotu minus lub plus zmiana kursu. Na ile kwestia ryzyka kursowego jest istotna, zależy od wybranego funduszu. Jeśli przynosi on kilkadziesiąt procent zysku, to nie trzeba przywiązywać wagi do tych kilku procent wynikających z różnicy kursowej.

Do kogo skierowane są fundusze zagraniczne?

Przede wszystkim przeznaczone są dla klientów z sektora private banking. Nie mam tu jednak na myśli kwestii wysokości aktywów. Chodzi raczej o poziom wiedzy na temat funkcjonowania globalnych rynków finansowych. Klienci zamożni inwestują przeważnie od dłuższego czasu, a co za tym idzie, rozumieją potrzebę dywersyfikacji portfela czy monitorowania rynków światowych. Nie przeszkadza im ryzyko kursowe.

Czyli trzeba być bogatym, by inwestować w fundusze zagraniczne?

Niekoniecznie. Minimalny próg inwestycji to na ogół 2,5-5 tys. EUR czy USD. Więc nie trzeba być milionerem, by je kupować. Warto przy tym pamiętać, że fundusze powinno się kupować w sposób portfelowy, tzn. inwestować w kilka różnych produktów, by zdywersyfikować ryzyko. A inwestycja w pięć funduszy to już 12,5-25 tys. EUR.

Dlaczego progi inwestycji są wyższe niż w naszych funduszach? Czy można się spodziewać, że one spadną?

W Polsce progi dla funduszy zagranicznych i tak są niższe niż w Europie Zachodniej. Realizacja każdego rodzaju transakcji generuje dla funduszy pewne koszty, więc tak naprawdę realizowanie kilku małych transakcji może być nieopłacalne.

Jaki jest horyzont takiej inwestycji?

To ciekawy temat. Naszym zachodnim partnerom trudno uwierzyć, że w Polsce jeden rok to inwestycja o długim horyzoncie. Na świecie średni termin to 5 lat, długi to 10 lub więcej lat. Horyzont musi być oczywiście dostosowany do sytuacji rynkowej. Przykładowo, wierzymy, że rynek chiński będzie się rozwijał przez kilka najbliższych lat — do olimpiady. To wyznacza nam to horyzont inwestycji. Po tych trzech latach powinno się rozważyć przeniesienie środków w inny region. Natomiast jeśli dana inwestycja się nie sprawdza, należy rozważyć zmianę jej struktury wcześniej, niż planowaliśmy.

Do tego potrzebne jest monitorowanie inwestycji. Jak klient może to robić?

Przede wszystkim ma możliwość skorzystania z pomocy doradcy. Profesjonalna obsługa polega na tym, że doradca wie więcej niż klient i służy — jeśli nie informacjami na temat każdego rynku — to na pewno wiedzą na temat tego, gdzie można je znaleść. Historyczne wyniki funduszy można sprawdzać na stronach firm inwestycyjnych. Ciekawą propozycję oferuje BlackRock Merill Lynch, na którego stronach po wpisaniu liczby jednostek poszczególnych funduszy można uzyskać wycenę całego swojego portfela. Taki wynikowy monitoring nie zwalnia jednak z uważnej obserwacji wydarzeń na świecie. Przykładowo próby atomowe w Korei mogą mieć wpływ na koniunkturę rynków azjatyckich.

Klient zwykle wybiera fundusz sam. Jak się ma odnaleść w gąszczu nazw? Polskie fundusze mają proste nazwy: zrównoważone, akcyjne itp. Różnią się tylko początkiem, czyli nazwą TFI?

W zagranicznej ofercie można też dostrzec klucz w nazewnictwie. Np. w funduszach Franklin Tempelton: jeśli w nazwie jest Growth, to znaczy, że inwestuje w spółki większe, o mniejszym potencjale wzrostu, ale dużej stabilności. Oczywiście od tej reguły, jak od każdej, są wyjątki. Dlatego ważna jest rola doradcy.

Na czym polega rola banku?

Staramy się wspólnie z klientem zbudować portfel. Czyli najpierw przeprowadzamy wywiad, w którym we wspomniany wcześniej sposób określamy potrzeby klienta. Na tej podstawie budujemy strategię. Ostatnim etapem jest wskazanie konkretnych funduszy, które w naszej opinii będą najlepsze. Na tym kończy się nasza rola, bo klient zawsze podejmuje decyzję sam.

Czy doradca jest w stanie wiedzieć wszystko o 100 funduszach?

Ten wywiad, badanie strategii, określanie profilu inwestycyjnego służy nie tylko klientowi, ale również doradcy. Analiza potrzeb stanowi selekcję, mającą pomóc w podjęciu decyzji spośród ograniczonej, a nie pełniej palety produktów.

Ile trwa taki proces?

To zależy od konkretnej sytuacji klienta. Pośpiech nie jest wskazany, szczególnie jeśli mówimy o wysokich poziomach inwestycji. Rozsądny portfel składa się z 4-5 funduszy, czyli dotyczy alokacji przynajmniej 25 tys. EUR czy USD, więc warto poświęcić nieco czasu na dokonanie wstępnych analiz.

Słowo klucz dla funduszy zagranicznych to dywersyfikacja. Jak przekonać Polaków, którym krajowe fundusze przynoszą 40 proc., do inwestycji w „gorszy” fundusz?

Fundusze zagraniczne operujące na rynkach dojrzałych oczywiście nie zawsze są w stanie wypracować takie zyski jak polskie. Jednak pamiętajmy, że fundusze nie operują w oderwaniu od gospodarki, w którą inwestują. Dlatego trzeba uwzględniać, że ta lokalna koniunktura w pewnym momencie może się skończyć. Rozsądnie jest przygotować się na taki wypadek przez inwestowanie na innych rynkach. Nie łudźmy się, że polskie fundusze będą zawsze zarabiały 30-40 proc. rocznie. Nie wiemy, kiedy nastąpi przełom, więc lepiej już zawczasu zbudować portfel, opierając się na różnych perspektywicznych rynkach.

A może lepiej zainwestować w polski fundusz zagraniczny?

Na to mogę odpowiedzieć pytaniem: czy zarządzający z Warszawy jest w stanie wiedzieć dokładnie, co dzieje się ze spółkami w Chinach czy Indiach? Czy ma odpowiednie narzędzia do skutecznego zarządzania? Jeśli przekona mnie pan, że polski analityk wie tyle, ile analityk będący na miejscu, to się zgodzę, że lepiej wybrać fundusz z oferty polskiego TFI. Najlepiej zaufać lokalnym specjalistom.

Jaką stopę zwrotu można uznać za dobrą dla funduszy zagranicznych?

Można spojrzeć na stopy indeksów zagranicznych giełd. Jeśli fundusz przynosi więcej niż wyniki tych indeksów, to jest nieźle. 8-10 proc. to przyzwoity wynik powyżej inflacji przy sporym poczuciu bezpieczeństwa.

A czy są jakieś blokady w rozwoju rynku?

Hamulcem jest niewątpliwie brak świadomości o konieczności dywersyfikacji. W latach 2001-02 był boom na fundusze papierów dłużnych, które przynosiły kilkanaście procent zysków. Ten etap się skończył, ale zaczęła się kilkuletnia hossa na polskiej giełdzie. To sprawia, że obecnie klienci nie muszą jeszcze myśleć o globalnym inwestowaniu, szukać możliwości na świecie. Dobre wyniki polskich funduszy nie skłaniają do tego wysiłku. Taka sytuacja nie będzie jednak trwać wiecznie.

A może fundusze zagraniczne są zbyt złożone?

Ja bym tego nie traktował jako problemu. Dla klienta ważny jest wynik. Filozofia inwestowania, o której rozmawiamy, jest mniej znacząca. My staramy się wytłumaczyć klientom, że nie można decyzji o wyborze funduszu opierać tylko na zyskowności, ale w wielu przypadkach wciąż jeszcze to się nie udaje.

Co do złożoności funduszy, to dobry doradca jest w stanie przejąć na siebie pewien zakres monitorowania rynków. Przekazać klientowi, że przypuśćmy sektor biotechnologii ma dobre wyniki. Klient, który ma takiego dobrego doradcę, nie musi wtedy sam orientować się w prognozach dla danego sektora. Nie musi znać zasad działania poszczególnych branż. To doradca wie, że firmy farmaceutyczne wydają ogromne środki na badania w początkowym etapie wdrożeń produktu, ale jeśli uda im się wypracować skuteczną formułę — mogą osiągnąć ogromną zyskowność. Sama produkcja leków nie jest bowiem bardzo kosztowna, a ostateczna cena ze względu na popyt może być wysoka. W przypadku sukcesu danego produktu farmaceutycznego zyskuje też inwestor. Dlatego w tym sektorze zdarzały się przypadki, kiedy wartość spółki w ciągu kilku miesięcy wzrosła kilkunastokrotnie. Tego sam klient wiedzieć nie musi.

Na polskim rynku pojawia się coraz więcej zagranicznych funduszy, ale ci najwięksi wciąż nie są obecni. Czy można spodziewać się ich wejścia?

Myślę, że tak. Grupa Deutsche Bank dystrybuuje na świecie praktycznie produkty wszystkich najbardziej renomowanych i doświadczonych towarzystw. Jeśli pojawi się zainteresowanie takiej instytucji naszym rynkiem, to jesteśmy w stanie wprowadzić nowe fundusze do oferty.

Jaka jest wielkość rynku funduszy zagranicznych w Polsce i jaki jest wasz udział?

Nie znam szacunków dotyczących całego rynku. My w ramach funduszy Merill Lynch (ML) ulokowalismy aktywa naszych klientów na poziomie 50 mln USD, co stanowi około 30 proc. wszystkich aktywów, jakie ML zdobył w Polsce.

Jakie są najciekawsze fundusze zagraniczne w Polsce?

Interesujące są właściwie wszystkie fundusze sektorowe. Ciekawe są wspomniane wcześniej fundusze inwestujące w sektor biotechnologii czy fundusze sektora new energy inwestujące w spółki zajmujące się uzyskiwaniem energii ze źródeł alternatywnych.

Przy problemach z ropą przed takimi firmami rysują się całkiem ciekawe perspektywy. Warto wspomnieć o instrumentach inwestujących w złoto. Według analityków z Grupy Deutsche Bank uncja złota jest cały czas niedowartościowana, aktualna cena, około 580 USD, może wzrosnąć nawet do 720 USD. Nie można zapominać o rynkach z ogromnym potencjałem, takich jak Indie czy Chiny. Ciekawe są inwestycje japońskie. Tam spółki zachowują się różnie: fundusze inwestujące w duże spółki mają o kilkanaście procent gorsze wyniki niż te zajmujące się mniejszymi.

I ktoś tam jeszcze został?

Zadziwiające, ale tak. Tyle że teraz klienci i zarządzający podchodzą inaczej do tego sektora. Nie kierują się mgliście opisanymi perspektywami, ale realną wartością spółek.

Wiele funduszy sektorowych przechodziło kiedyś podobne edukacyjne etapy. Warto pamiętać, że inwestycje to nie hazard. I w każdym momencie podejmować rozważne, logiczne decyzje.

Czy jest fundusz, który inwestuje w Polsce?

Tak, fundusze z kategorii Emerging Markets czy Eastern Europe. Wprawdzie gros środków inwestują w Turcji czy Rosji, ale całkiem sporo w akcje dużych polskich spółek.

A czy w sztabie zarządzających funduszami są Polacy?

W fimie Franklin Templeton pracuje taka osoba i zajmuje się inwestycjami w rynki naszej części Europy.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Grzegorz Nawacki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu