Świat z kryształów

Karolina Guzińska
opublikowano: 2004-05-14 00:00

Gdy węgierska królewna Kinga jechała do Polski, by poślubić księcia Bolesława Wstydliwego, wrzuciła zaręczynowy pierścień do szybu kopalni soli w Maramuresz.

Wszyscy chyba wiedzą, że klejnot cudownie przywędrował wraz z pokładami soli kamiennej do Polski. Ale właściwie — dokąd? I Bochnia, i Wieliczka roszczą sobie prawo do legendy. W Bochni mawiają, że kopalnia powstała, w 1248 r., wokół szybu Sutoris (po łacinie: szewc). Bo pierścień księżnej, uwięziony w krysztale soli, odnalazł się w ogrodzie bocheńskiego rzemieślnika. W Wieliczce zaś twierdzą, że to ich przodkom Kinga wskazała, gdzie drążyć ziemię. A w pierwszej solnej bryle znajdował się pierścień... Jak pogodzić zwaśnionych?

— Najlepiej mówić, że sól zawędrowała pod Kraków. Oba miasta spierają się właściwie o to, które pierwsze zaczęło wydobywać sól. Kopalnia w Bochni jest starsza — wielicka powstała około 1290 r. Ale u nas warzono solankę ze słonych źródeł powierzchniowych już 3500 lat przed Chrystusem! — argumentuje Lidia Jurasz, wnuczka, córka i siostrzenica górników solnych — od 30 lat teletechnik w wielickiej kopalni. A od 26 — przewodnik podziemnych wycieczek.

Magiczna opieka

Wyrobiska pod Wieliczką to 9 poziomów sięgających 327 m w głąb ziemi. Prawie 300 km chodników i 3000 komór. Część udostępniona zwiedzającym — 20 zabytkowych komór połączonych 2 km chodników na głębokości 64-135 m to zaledwie 1 proc. całości. Mimo tego jest na co patrzeć! Nieczynne wyrobiska, podziemne jeziora, komory solne, ślady ludzkiej pracy i twórczości. Kto ma szczęście, zobaczy górników — w drelichach, hełmach, z zapalonymi lampami. Pracują wokół zwiedzających — trasę turystyczną nieustannie się zabezpiecza. W półmroku i chłodzie podziemnego labiryntu (około 14 stopni) ciepła odzież jest niezbędna — łatwo też uwierzyć w istnienie kopalnianego ludku.

— Krasnoludki przywędrowały do nas — wraz z Austriakami — z kręgu kultury niemieckiej. Da się je podejrzeć w poprzeczni Kunegunda. Jeden wyciąga rękę do turystów, jakby chciał coś od nich dostać. Inny — witając gości uśmiechem na pyzatej buzi — leży na brzuchu i macha nogami. Trzeci stoi w oddaleniu, obrażony. Powód? Krasnale grały w piłkę ciężką bryłą soli. Jeden boleśnie się potłukł. Wini za to ludzi i pokazuje im jęzor. Cierpliwie czekamy, aż go noga przestanie boleć i stanie się milszy... — opowiada Lidia Jurasz.

Krasnali wykuł w soli, na początku XX wieku, Józef Markowski — górnik artysta (jego dzieła zdobią m.in. kaplicę św. Kingi). Ale podziemne dobre duszki mało mają czasu na zabawę: strzegą solnego skarbu i pomagają ludziom w pracy. Symbolizuje to grupa w podszybiu Kunegunda. Solne ludziki — wyrzeźbione w latach 60. XX wieku przez górnika Stefana Kozika — przypominają postacie kruszaków, wozaków, cieśli...

— Jeden ciągnie wózek wyładowany solą, inny ociosuje belkę. Nieraz kończyły pracę za ludzi: w nocy, gdy nikt nie podglądał. Ale nie każdemu pomogą, o nie! Trzeba solidnie w dzień pracować, nie lenić się — dodaje przewodniczka.

Po korytarzach snuje się potężny opiekun górników — Skarbek, zwany też Skarbnikiem. Strażnik skrytych pod ziemią kosztowności. Przepełnieni największą bojaźnią mówią o nim: On.

— Nie lubi przekleństw, gwizdania i złodziejstwa. Karze za to. Potrafi tak zamącić w głowie, że nawet znawca kopalni kręci się bezradnie w kółko. Nie wolno się wtedy złościć. Aby znaleźć drogę, trzeba go pokornie przeprosić — tłumaczy Lidia Jurasz.

W Barbórkę czy imieniny Kingi Skarbek — pod rękę ze św. Kingą, patronką górników solnych — ukazuje się turystom.

Odcienie zachwytu

Poczucie zagrożenia związane z pracą pod ziemią wytworzyło szczególną religijność. Na przodkach i przy głównych szlakach komunikacyjnych stawiano dziesiątki kaplic. Najpierw znoszono z powierzchni krzyże, potem zaczęto rzeźbić postacie świętych w soli. Świadectwem pobożności górników jest także odwieczne pozdrowienie „Szczęść Boże”, wypowiadane przy każdym spotkaniu i pożegnaniu.

— Wieliczka to jedyny zakład pracy na świecie tak pięknie ozdobiony przez załogę. To nie tylko moje zdanie. Gdy gościliśmy w kopalni starszych państwa Bush, była pierwsza dama oświadczyła, że myślała, iż podczas podróży z mężem zobaczyła wszystkie cuda świata. A teraz widzi, jak bardzo się myliła... — mówi Lidia Jurasz.

Turyści podziwiają szczególnie m.in. wykute w soli oryginalne sceny z życia Chrystusa — ambonę na krakowskim wzgórzu, jaskinię, z której wystawia paszczę wawelski smok, herby Polski i Litwy, godło Rusi Kijowskiej. Ogólna admiracja! Lekki zgrzyt wprowadzają tylko wycieczki... górników ze Śląska.

— Delikatne przytyki: wasza kopalnia mniejsza, płytsza, bezpieczniejsza — bo metanu nie za wiele... A w nas budzi się lokalny patriotyzm. Pytam więc, czy wiedzą, czemu mają św. Barbarę za patronkę? Bo my o św. Kindze wiemy wszystko! A skąd wziął się pióropusz przy czapce galowego munduru? No i grupa, która się podśmiewała, milknie. Opowiadam im o św. Barbarze — patronce dobrej śmierci — za której pośrednictwem górnik ginący w kopalni jedna się z Bogiem. I o pióropuszach — pamiątce po wyciorach używanych w kopalniach przy materiałach wybuchowych. Górnicy zatykali je za wstążki kapeluszy... Robi się bardzo miło. Ileż to razy serdecznie mi dziękowano za te historie! — wspomina Lidia Jurasz.

Bez przeszkód można zwiedzać dalej.

— Sentymentem darzę skromną kaplicę św. Krzyża w XIX-wiecznym wyrobisku. Jej wystrój to drewniane rzeźby z XVII wieku: krucyfiks i Matka Boska Zwycięska. Świetnie zachowane — sól konserwuje drewno. Niestety, nie całą przeszłość kopalni dało się ocalić. W barokowej kaplicy św. Antoniego widać niszczący wpływ powietrza. Przedostawało się tu z sąsiedniego szybu Daniłowicza. I skraplało się na solnych rzeźbach i ołtarzach. Choć klimatyzacja zahamowała proces — powietrze ma teraz stałą temperaturę i wilgotność — straty są nie do odrobienia — ubolewa Lidia Jurasz.

Podkreśla niezwykłość komory Pieskowa Skała — specyficzny sposób wybierania zanieczyszczonej piaskiem soli sprawił, że komora wygląda jak poskręcana, górska jaskinia. Oryginalnością zachwycają również kute w soli schody.

— Ale kopalnia to nie tylko rzeźby. Podczas zwiedzania warto rozglądać się po ścianach — rozmai-tość gatunków soli, jej kolory i budowa geologiczna fascynują. Ludzie nie potrafią się powstrzymać przed „spróbowaniem” ściany. Dotykają, głaszczą, liżą... I stąd się biorą wybłyszczone miejsca — śmieje się przewodniczka.

Zainteresowani mogą wybrać — zamiast trasy turystycznej — wycieczkę geologiczną. Warunek: sprawność fizyczna i odwaga. Chodzi się — w górniczym odzieniu — „po dziurach”: surowym, nie podrasowanym rejonie roboczym. Ogląda się budowę złoża, zdobywa wiedzę z mineralogii, sedymentologii (nauka o powstawaniu skał osadowych), tektoniki... Ogląda stalaktyty, stalagmity i nacieki, które nie przetrwałyby gdzie indziej — przyłapani na ich łamaniu zwiedzający bronią się, że chcieli „tylko skubnąć”...

Śladami świętych

Już w XIV-XVI wieku kopalnię pokazywano uprzywilejowanym — za zezwoleniem króla. Gościł tu sam Mikołaj Kopernik! Podziemna turystyka ruszyła z kopyta w XIX wieku. Austriacy rozreklamowali Wieliczkę w całej monarchii. I opracowali pierwszą trasę dla zwiedzających. Wspaniale oświetloną — w komorze Michałowice wisiał potężny żyrandol z kryształów soli, rozjarzony 300 świecami. Gości eskortowali górnicy z pochodniami, puszczano ognie sztuczne, iluminowano najbardziej widowiskowe fragmenty wyrobisk... Zwiedzaniu towarzyszyły atrakcje, jak słuchanie grzmiącego echa wystrzału z pistoletu, czy przepłynięcie tratwą jeziorka solankowego. Tej rozrywki zaniechano podczas I wojny światowej, bo utonęło siedmiu C.K. żołnierzy. Przygniótł ich prom. Wyjątkowy pech, bo w solankach nie da się utopić — słona woda wypiera. Nurkowie zanurzają się z obciążeniem.

— Wyciągają śmiecie, ale zostawiają monety — goście traktują jeziorka jak rzymską fontannę di Trevi. Pieniądze rzucone do wody mają sprawić, że tu powrócą — wtrąca Lidia Jurasz.

Warto — nie tylko ze względów poznawczych. Nie na darmo przewodnicy zachęcają, by oddychać głęboko. Kopalniany mikroklimat leczy astmę i alergie. W dużej komorze nad jeziorem Wessel działa podziemne sanatorium.

Choć popływać w solankach się nie da, Wieliczka zaskakuje nowościami. W grudniu 2003 r. oddano po remoncie wschodnią część XVIII-wiecznej komory Michałowice. Jej osobliwością jest gigantyczna drewniana konstrukcja zabezpieczająca strop — zapierające dech arcydzieło sztuki ciesielskiej. Remont pochłonął 4,6 mln zł — niestety zabrakło środków na prace wykończeniowe... W tym roku do trasy turystycznej włączono także podziemne Muzeum Żup Krakowskich (dokumenty, narzędzia, maszyny górnicze).

— Grupom zorganizowanym, np. uczestnikom imprez integracyjnych, proponujemy podziemną eskapadę, podczas której szuka się skarbów solnych. Goście wykonują też czynności dawnych górników — budują kaszty, toczą solnego bałwana, wyciągają urobek, sypią sól do beczek... Ich wysiłek honorujemy aktem nadania odpowiedniego do zasług tytułu — zachęca Edyta Mazur z biura marketingu Kopalni Soli Wieliczka.

Nie zapomniano o pielgrzymach. W podziemnych kaplicach poznają historię kilkunastu świętych i odmawiają wspólną modlitwę do patronki górników solnych. A jeśli w grupie jest ksiądz, może (po uzgodnieniu) odprawić podziemną mszę świętą.