Dobór kartki świątecznej to nieprosta sprawa. No bo co ma być na kartce? I od kogo ją kupić?
Duże firmy wolą zamawiać kartki neutralne światopoglądowo. Unikają odniesień religijnych, a skupiają się na radosnej atmosferze i spokoju. Za to indywidualni odbiorcy preferują kartki z gotowymi życzeniami. Coraz mniej chce nam się pisać, ograniczamy się do podpisu. No i koperta… żaden szanujący się sprzedawca nie sprzeda kartki bez koperty. A ta musi kolorystycznie odpowiadać wizerunkowi z kartki.
Niemal w każdym większym mieście działają firmy produkujące kartki, a do tego na rynku obecnych jest kilku graczy ogólnopolskich. W większości empików na stoiskach świątecznych kupić możemy karty, papierowe torby i kokardy nie tylko Pana Dragona, lecz także największych konkurentów: Pasion Cards, Pictura czy Verte. Również Pocztę Polską zaopatruje pięciu dostawców kartek.
Konkurencja na rynku jest ostra — efektowne, ręcznie wykańczane kartki kosztują góra 10 zł. W sąsiednich Niemczech cztery euro, czyli około 17 zł. W Polsce średni czas oczekiwania na zwrot pieniędzy z przekazanej w komis kartki to 90 dni (tylko najlepsi płatnicy uwijają się poniżej miesiąca), a i tak kilka procent klientów trzeba dyscyplinować z pomocą sądów gospodarczych. Nie ma się więc co dziwić, że niedawno wykruszył się z polskiego rynku znany amerykański producent Hallmark. Cóż, do kartek trzeba mieć naprawdę nerwy ze stali…
Na tegorocznym Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku kolekcjonerzy kartek i pocztówek oferowali eksponaty ze swoich kolekcji nawet po 150-200 zł.
Za ręcznie malowane, przedwojenne i — co ważne! — jeszcze niewypisane japońskie pocztówki kolekcjoner z Łodzi żądał 250 zł za sztukę. A i to nie rekord, bo najdroższa pocztówka świata kosztowała 71 tys. dolarów!
Nie ma się więc co dziwić, że kolekcjonowanie pocztówek jest całkiem poważnym hobby — tak jak filatelistyka. Ta pasja nazywa się deltiologią, a jej historia sięga XIX wieku, czyli okresu, kiedy upowszechniły się pocztówki i widokówki.