Biznes dobry, choć z bardzo długim okresem zwrotu. Ponadto malowniczy, pachnący i najbardziej świąteczny z możliwych. Witamy na… plantacji jodeł.

— Choinki to biznes jak każdy inny. Wymaga profesjonalnej organizacji i biznesplanu, z tym że nie na pięć, ale 20 lat. Przed 1989 r. wystarczyło robić cokolwiek, żeby sprzedawać, ale takie czasy się skończyły i choć branża świerków i jodeł jest trochę z tyłu pod tym względem, to szybko nadrabia — mówi Marcin Kłopociński, który wspólnie z żoną prowadzi jedną z największych plantacji jodły kaukaskiej pod szyldem Perfect Green, a wcześniej działał m.in. w branży tworzyw sztucznych jako prezes Masko-Grahamu, branży turystycznej oraz inwestował na giełdzie.
Obecnie jest m.in. wśród akcjonariuszy giełdowego Eurosnacku.
Zielony majątek
Choinkami zajął się 10 lat temu. Dziś Perfect Green to ponad 100 hektarów we wsi Słonino i 60 hektarów w gminie Gościno, na Pomorzu Zachodnim. W tym roku sprzedał 50 tys. jodeł kaukaskich, głównie w Polsce.
— Ze słupków i Excela wyszło mi, że to ciekawa branża. I tak jest. Zwrot z inwestycji jest wprawdzie długi — wynosi 11-12 lat, czyli ja jeszcze na to poczekam, ale na popyt nie można narzekać. Ponadto jest to biznes bardzo przyjemny — milej chodzi się wzdłuż rzędów choinek niż maszyn — uważa Marcin Kłopociński.
Długi czas oczekiwania na pierwsze dodatnie przepływy pieniężne wiążą się z okresem wzrostu choinek. Perfect Green w tym roku ma po raz pierwszy pełną ofertę — od najmniejszych do największych, a jodły, by trafić na rynek, potrzebują 6-8 lat.
— Co jakiś czas pojawiają się informacje, jak to świetnie można zarobić na choinkach. Wystarczy jeden wolny hektar i w dwa lata ma się milion złotych na koncie. To bzdura. Na samą pielęgnację drzewek wydajemy około 1 mln zł rocznie. Ponadto potrzebujemy wielu specjalistycznych maszyn. Dochodzi również koszt ziemi. W postaci nasadzonych drzewek mamy wprawdzie majątek, ale na jego spieniężenie trzeba poczekać — twierdzi plantator.
Nie dla amatorów
Rocznie Polacy kupują 5-6 mln sztuk choinek. Zdecydowana większość, bo 95 proc. rynku, należy do świerka i jodły, które dzielą się nim prawie po połowie. Świerki są stosunkowo łatwe do uprawy w całym kraju — mamy odpowiadające mu warunki naturalne. Jodły są bardziej wymagające — potrzebują klimatu podobnego do rejonów nadmorskich.
— Z tego powodu około 80 proc. krajowej produkcji świerków pochodzi od małych plantatorów, często nieprofesjonalnych, którzy jednego roku decydują się na choinki, a innego na inny biznes. W przypadku jodły stanowią tylko 20 proc. — szacuje Marcin Kłopociński. Jego zdaniem, przy takim podziale rynku specjalizujące się w produkcji choinek przedsiębiorstwo tym bardziej ma szanse na sukces, choć przyznaje, że bywają lata, gdy nagła duża podaż drzewek chwieje cenami. Do ryzyka związanego ze zmianami cen dochodzi związane z pogodą, np. ostre mrozy, susze czy wiosenne przymrozki.
— Od dwóch lat ceny świerka utrzymują się na wysokim poziomie, co pewnie zachęca do jego sadzenia. Jodła tanieje, jednak nie można na tej podstawie podejmować decyzji. Jej efekt w postaci produktu wypłynie na rynek dopiero za kilka lat. Dlatego bez fundamentów, typu profesjonalna dystrybucja, stali odbiorcy itd., itp., trudno tu przetrwać, a „świńska” górka jest nam znana — twierdzi Marcin Kłopociński.
W tym roku jest zalew tanich jodeł z Danii, czyli jednego z dwóch czołowych dostawców na polski rynek. Drugim są Niemcy.
— W naszym firmowym punkcie choinki skończyły się kilka dni temu. W punktach prowadzonych przez naszych klientów się kończą, a od dwóch tygodni nie jestem w stanie realizować dostaw. Jednocześnie widzimy place w dużych miastach zawalone duńską choinką. To dowodzi, że Polacy chcą lepszych, a przez to droższych, drzewek, ale też, że rodzimy przedsiębiorca, który nie ma przewagi w postaci klimatu czy ogromnych wolumenów, też spokojnie się odnajdzie — mówi Marcin Kłopociński.