Inwestowanie w polskie obligacje staje się ryzykowne
Instytucje finansowe każą sobie coraz więcej płacić za ubezpieczenie długu. Choć w regionie i tak wypadamy nieźle.
Rosną koszty ubezpieczenia polskiego długu. Instytucje, które pożyczyły pieniądze naszemu rządowi, muszą coraz więcej płacić za instrument zdejmujący z nich ryzyko niewypłacalności Polski. To dowód, że światowe rynki finansowe coraz wyraźniej wyceniają erozję polskich finansów publicznych.
Można zarobić
Chodzi o instrument pochodny CDS (credit default swap) — inwestorzy umawiają się, że jeden przejmie od drugiego ryzyko niewypłacalności jego dłużnika (podmiotu trzeciego, w tym wypadku polskiego rządu), oczywiście za pewną opłatą. Ta opłata od 15 października do wczoraj wzrosła ze 109,6 pkt baz. do 126,6 pkt baz. (o taką część pomniejszony będzie oczekiwany zysk, np. zamiast 5 proc. z obligacji jej posiadacz zarobi 3,73 proc., ale nie musi obawiać się niewypłacalności dłużnika).
— CDS jest barometrem ryzyka danego dłużnika. Jeśli rośnie, to znaczy, że nasza wiarygodność na globalnych rynkach finansowych spada — mówi Piotr Kalisz, ekonomista Citi Handlowego.
Według analityków obserwujących ten rynek, koszt ubezpieczenia polskiego długu będzie dalej rósł. Londyński oddział BNP Paribas już na początku listopada wypuścił komunikat, w którym radzi swoim klientom kupowanie polskich pięcioletnich CDS, ponieważ ich wartość — zdaniem analityków banku — wzrośnie do 150 pkt baz.
— Polski rząd kontynuuje politykę zwiększania zadłużenia na rynkach zagranicznych, a jednocześnie nie dąży do racjonalizacji wydatków — stwierdzają analitycy BNP Paribas.
Kilka dni wcześniej podobną rekomendację opublikowali analitycy Bank of America-Merrill Lynch. Ich zdaniem, pięcioletnie CDS-y w perspektywie kilku miesięcy sięgną poziomu 160 pkt.
— Rosnące potrzeby pożyczkowe Polski każą sądzić, że rząd niedługo znów sięgnie po pieniądze z rynków zagranicznych. To może przełożyć się na spadek podaży na polskie papiery — uważa Benoit Anne, główny strateg walut i długu gospodarek wschodzących w londyńskim oddziale Bank of America-Merrill Lynch.
Rynki podnoszą wycenę ryzyka dla Polski, bo dostrzegają pogarszanie się kondycji naszych finansów publicznych.
— Informacje, które docierają do zagranicznych inwestorów, sugerują im, że sytuacja fiskalna się pogarsza. Najpierw usłyszeli, że rząd zastanawia się nad zniesieniem ograniczeń dla długu. Potem dowiedzieli się, że rząd chce sięgnąć po pieniądze prywatne, żeby łatać dziurę budżetową. To przekaz uproszczony, ale sygnalizuje, że dzieje się coś złego, więc ich ocena ryzyka rośnie — tłumaczy Piotr Kalisz.
Dlatego, jego zdaniem, w ciągu najbliższych kilku miesięcy wartość CDS może nawet przekroczyć 200 pkt baz.
Ryzykowny region
Na szczęście i tak na tle regionu nasz dług wyceniany jest jako względnie bezpieczny. Pięcioletnie CDS Łotwy wynoszą 552,9 pkt, Litwy — 328 pkt, a Estonii — 218,1 pkt. Niebezpiecznie jest też pożyczać Węgrom, gdzie ubezpieczenie sięga 216,9 pkt. Lepiej niż Polska są natomiast notowani nasi południowi sąsiedzi: czeskie ubezpieczenie wynosi 83,9 pkt, a słowackie zaledwie 72,6 pkt.
— Kryzys przebiegał u nas najłagodniej, jako jedyni uniknęliśmy recesji. Mamy też bardziej przewidywalną przyszłość dla gospodarki i finansów publicznych. Słowacja i Czechy mają natomiast zdrowszą sytuację fiskalną, więc ryzyko niewypłacalności mają mniejsze. Słowacja w dodatku dzięki przystąpieniu do strefy euro jest wolna od ryzyka kursowego — wyjaśnia Dariusz Winek, główny ekonomista BGŻ.
Nawet jeśli sięgniemy zapowiadanych poziomów 150-160 pkt, będzie to i tak nic w porównaniu z wystrzałem, jaki obserwowaliśmy na szczycie globalnego kryzysu finansowego. Pod koniec lutego polskie CDS przekraczały 400 pkt.
— To był wyjątkowy okres na rynkach finansowych. Nie sądzę, by takie poziomy mogły się powtórzyć — mówi Piotr Kalisz.