Święto w USA ograniczyło aktywność w Europie

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-06-01 00:00

Wczoraj rynkom zabrakło przewodnika stada, bo giełdy w USA nie pracowały. Wiadomo jednak, że w Stanach nastroje były w drugiej połowie ubiegłego tygodnia znakomite. Inwestorów mogło nieco hamować oczekiwanie na długi weekend i obawy, że coś się w jego trakcie może wydarzyć. No i wydarzyło się: atak terrorystów na cudzoziemców w Arabii Saudyjskiej. Można zapytać: cóż z tego? Nie pierwszy to i nie ostatni atak, przecież w USA i w Europie nic się nie stało, ropa płynie, jak płynęła. Można by więc o sprawie zapomnieć. Można by, ale ja mam wątpliwości.

Ten atak nastąpił wtedy, gdy rynki finansowe bardzo przejmują się sytuacją na rynku ropy. Wiadomo, że terroryści zrobią wszystko, by utrudnić wydobycie. I już im się to udało, bo ambasada amerykańska w Arabii Saudyjskiej wezwała swoich obywateli do powrotu do USA. Eksperci twierdzą, że jeśli postąpią tak i inne kraje, to przemysł naftowy będzie miał duże problemy — wśród kadry kierowniczej i eksperckiej jest bardzo dużo obcokrajowców. Sytuacja nagle stała się niepewna, bo nie wiadomo, czy po tym ataku ceny ropy w USA wzrosną. Równie dobrze jednak rynek może czekać z optymizmem na decyzje OPEC o podniesieniu wydobycia. Tak do sprawy podeszli inwestorzy w Eurolandzie i na giełdach nic ważnego się nie działo, a indeksy (na bardzo małym obrocie) nawet lekko rosły.

Dzisiaj na rynki dotrą ważne dane makro zarówno z Eurolandu, jak i USA. Indeksy (PMI w Eurolandzie i ISM w USA) pokażą sytuację w sektorze produkcyjnym w maju. Dane z Europy powinny tylko nieznacznie wpłynąć na rynek akcji, ale niewątpliwie coś będzie się działo na rynku walutowym. Gdyby to „coś” było poważne, przeniosłoby się i na rynek akcji. Naprawdę nie sposób przewidzieć, jak zareaguje rynek walutowy. Dobre dane powinny podnosić wartość waluty kraju, którego dotyczą, ale często jest zupełnie odwrotnie. Szczególnie, gdy waluta ta już od pewnego czasu się wzmacniała, jak ostatnio euro. Indeks ISM w USA jest ważny: jeśli okaże się słaby, z pewnością podetnie dolara i nie pomoże Eurolandowi. Nadal jednak nie wiadomo, jak wpłynie na rynek amerykański. Ponadto nie wiemy, kiedy inwestorzy zaczną się niepokoić skalą osłabienia ożywienia gospodarczego. Jeśli jednak nie pojawią się nowe fakty geopolityczne, dobra atmosfera początku miesiąca powinna dzisiaj nadawać ton notowaniom.

W Polsce już sesja piątkowa pokazała, że indeksy chcą rosnąć. Końcówka była zafałszowana, bo fixing dorzucił 13 pkt — było to nasze swojskie window dressing kończące miesiąc. Choć nie tylko nasze: w Budapeszcie inwestorzy zrobili dokładnie to samo. Czasem jednak takie śmieszne ruchy okazują się przygotowaniem do czegoś poważnego. Czegoś, co — mimo niewielkich zmian indeksów i małego obrotu — sygnalizowała również wczorajsza sesja.

Mamy dwa problemy: geopolitykę i nasz krajowy kryzys polityczny. Sejm, towarzystwo wzajemnej nienawiści, piątkowym głosowaniem nad raportem komisji śledczej prowadzi kraj do kolejnego kryzysu. Tym razem prezydenckiego, bo choć wniosek o postawienie prezydenta przed Trybunałem Stanu nie ma szans, już sama zapowiedź jego złożenia będzie zagęszczała atmosferę. Poza tym szanse Marka Belki na wygranie głosowania w Sejmie wydają się już bliskie zera. To minus dla rynku, ale jeśli duży kapitał zechce wzrostu, to i tak go wywoła.

Może zakładać, że w USA nic złego się nie wydarzy, a nasza polityka będzie miała wpływ na rynek dopiero po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Wtedy partie będą wiedziały, na czym stoją i będą podejmowały bardziej racjonalne decyzje. W tej sytuacji wstrzymałbym się ze sprzedawaniem akcji, szczególnie że na wykresach widzimy sygnały kupna. Trzeba czekać na wzrost obrotów, by zobaczyć, co zrobi większy kapitał, wyraźnie chętny do przedłużenia zwyżki na GPW.