Swojskie smaki z dolnośląskiej Galicji

Piotr Medyński
opublikowano: 2005-05-24 00:00

Własny biznes zamiast zasiłku dla bezrobotnych — tym kierowali się otwierając masarnię Galicja. Zakład nie może opędzić się od klientów.

Przy stoliku w podwórzu zakładów rozsiada się spora rodzinka. Próbują kaszanek, pasztetów i salcesonów domowej roboty. Dopiero wyszli ze sklepu z torbą smakołyków, ale kuszący zapach sprawia, że już na miejscu trzeba spróbować.

— Może kieliszeczek czegoś mocniejszego, albo kiszony ogóreczek dla podkreślenia smaku? — dopytuje Maria Matusiewicz, współwłaścielka masarni.

Familijna atmosfera Galicji i wysoka jakość produktów sprawiają, że do pięciotysięcznej Niemczy pielgrzymują klienci nie tylko z oddalonego o 50 kilometrów Wrocławia, ale także Poznania, Opola, nawet Niemiec i Austrii.

— Sukces wziął się z pasji do wędliniarstwa. Od dawna zbierałem urządzenia do produkcji wędlin i w końcu zrealizowałem swoje marzenie. Nikt nie myślał, że dwojgu starym się uda. W końcu zaczynaliśmy po pięćdziesiątce — mówi Zenon Matusiewicz.

Firma działa od czterech lat. Matusiewiczowie wcześniej mieli pawilony handlowe, ale szło im coraz gorzej, więc je sprzedali. Z pieniędzmi ze sprzedaży domu i z kredytu mieli ponad pół miliona złotych. Postawili zabudowania według własnego projektu — m.in. wędzarnię opalaną drewnem olchowym i bukowym. Dzięki niej szynki i kiełbasy mają tak dobry smak. W innych pomieszczeniach jest już światowo i zgodnie z normami unijnymi. Wykafelkowane ściany i podłogi, maszyny z kwasoodpornej blachy, wyszorowane na błysk kotły i patelnie.

Grunt to receptura

Galicja słynie z tradycyjnych metod produkcji. Kiełbasy wędzą się przez osiem godzin, składniki do salcesonu kroi się nożem w kostkę, a cebulka do kaszanki musi być usmażona na złoto. Szynka zanim trafi na stół najpierw przez dwie godziny pływa w marynacie, potem na sześć trafia do wędzarni, a kolejne dwie spędza w parowniku. Najlepiej znanym produktem jest przysmak wołyński. To smarowidło do chleba z dodatkiem polędwicy rwanej ręcznie na podłużne kawałeczki i cebuli — w ubiegłym roku zdobyło Perłę podczas targów Polagra w Poznaniu. Jurorzy konkursu zaliczyli je do najlepszych produktów regionalnych w kraju.

— Fachu uczyłem się pod okiem autochtona z okolic Wrocławia i mojego stryja. Obaj robili wędliny na wesela i chrzciny, a ja uwielbiałem im pomagać. Sporo przepisów pochodzi też z naszych domów rodzinnych na Kresach — dodaje Zenon Matusiewicz.

Największy skarb to podręcznik masarstwa z 1945 r. Zawiera rzadkie sposoby przygotowania wędlin.

— Nic zmarnować się nie może. W dużych zakładach piętrzą się niewykorzystane kawałki słoniny. U nas to nie do pomyślenia, bo smażymy na naturalnym tłuszczu — wyjaśnia Matusiewicz.

Właściciele odżegnują się od wszelkich sztucznych dodatków do wędlin. Dlatego w Galicji z kilograma surowego mięsa powstaje zaledwie 70 dkg szynki, podczas gdy w wielkich wytwórniach aż dwa kilogramy! Firma nie dostarcza wędlin do hipermarketów, które narzucają nie tylko niską cenę wyrobu, ale też odpowiadającą cenie jakość. Zrezygnowała też ze sklepu w Berlinie. Z obcokrajowcami Zenon Matusiewicz nie chce spółek, bo uważa, że nie będzie w nich partnerem.

— Mieszkamy w bloku, nie mamy dzieci i nie zależy nam na ogromnym majątku. Masarnia to sposób na utrzymanie się — przyznaje.

Właściciele Galicji sami poszukują odbiorców i rozwożą produkty.

W stronę Unii

W Galicji zatrudnienie znalazło, oprócz właścicieli, pięć innych osób — rzeźnicy, panie, które zajmują się przygotowaniem wszystkich składników do produkcji i sprzątaczki.

Co tydzień do zakładu zjeżdża 25 wieprzowych półtusz. Powstaje z nich ponad pół tony różnych wędlin i garmażerki. Cena kilograma najlepszej szynki w sklepie firmowym to 30 złotych. Niemal tyle samo kosztuje gatunkowa kiełbasa.

Zarobione pieniądze idą na spłatę pożyczek, oraz inwestycje. Właściciele Galicji rozpoczynają starania o dotacje unijne na rozbudowę pomieszczeń chłodni, myjni pojemników oraz betonowego ogrodzenia.

Galicja, o ile będzie pilnować jakości produktów, poradzi sobie z konkurencją na rynku.

— Wyrafinowane gusta wyrabiają się wśród mieszkańców dużych miast. Na naszym rynku żywności jest miejsce dla niewielkich, rodzinnych firm posługujących się starymi recepturami i korzystających z dawnych tradycji — twierdzi dr Marek Sołtysik z Akademii Rolniczej we Wrocławiu.