Z Ameryki
Paradoksalnie, stan wyczekiwania pomaga w obecnej chwili giełdom, gdyż mimo fatalnych danych makroekonomicznych i słabych prognoz spółek nikt nie chce ryzykować krótkich pozycji.
W minionym tygodniu wszystko miało zależeć od wyników spółek i tak faktycznie było. Jednak nie do końca. Równie istotny wpływ na rynki miała geopolityka i dane makro.
Rezultaty działalności spółek były zbliżone do prognoz, albo nawet lepsze. Ważne dla inwestorów były jednak głównie prognozy wyników i wydatków inwestycyjnych. W przypadku prognoz, to zarządy albo ich nie podawały, tłumacząc to niejasnym „klimatem inwestycyjnym”, albo informowały o tym, co inwestorzy już wiedzieli. Nie pomagało to kursom. Poza tym wiele spółek albo informowało o zmniejszeniu wydatków inwestycyjnych, albo przewidywało, że wydatki w sektorze IT będą bardzo ograniczone.
Również z makroekonomii inwestorzy nie mogli czerpać pociechy. Spadająca inflacja na poziomie producentów przy rosnących kosztach materiałów do produkcji oznacza bowiem zmniejszenie zysków. Fed w swojej Beżowej Księdze stwierdził, że od listopada do chwili obecnej wzrost był bardzo niepewny, zatrudnienie nie przyrastało, a na drodze do ożywienia piętrzą się nadal liczne trudności. Deficyt handlowy w USA wzrósł w listopadzie do rekordowej wartości, głównie ze względu na duży wzrost importu i bardzo mały eksportu. Co gorsze, w grudniu produkcja przemysłowa i wykorzystanie potencjału przemysłowego spadło zamiast oczekiwanego wzrostu, a indeks nastroju już w styczniu znacznie spadł. Niektórzy ekonomiści twierdzą, że sygnalizuje to, iż wzrost PKB w czwartym kwartale był niższy od prognoz.
W tym tygodniu największy wpływ na zachowanie inwestorów będzie miała nadal geopolityka. Na rynki codziennie docierają informacje i pogłoski, które silnie oddziaływują na indeksy. Prawda przemieszana z plotkami. Przed 27 stycznia atmosfera będzie robiła się coraz bardziej gorąca, a oddzielenie prawdy od „political fiction” coraz trudniejsze. Istnieje podobno plan Arabii Saudyjskiej, która ma zachęcać generałów irackich do obalenia Saddama Hussajna. Wyobraźmy sobie, co by się stało na giełdach, gdyby dyktator rzeczywiście został obalony, albo udał się na wygnanie... Z drugiej strony, prezydent Bush wydaje się być coraz bardzie zniecierpliwiony i wyraźnie nie chce czekać, mimo coraz głośniejszych głosów sprzeciwu i to z bardzo opiniotwórczych ośrodków. To nie jest atmosfera do sensownego inwestowania.
Niezwykle ciekawie wygląda sytuacja gospodarki światowej oglądanej przez pryzmat międzyrynkowej analizy technicznej (MAT). Dolar ciągle słabnie i chyba jest coraz bardziej prawdopodobne, że powinien dojść przynajmniej do 1,15 za euro. Złoto nieubłaganie dąży do 405 USD za uncję. Cena ropy nie tylko wyrysowała odwróconą formację RGR, ale wyszła z flagi. Obie formacje pokazują, że powinna wzrosnąć powyżej 40 USD za baryłkę. Indeks surowców CRB rośnie bez przerwy i dawno przekroczył dwuletnie maksimum. Spokojnie zachowuje się rentowność obligacji 30-letnich, ale jest ciągle w trendzie spadkowym. Można spojrzeć na te tendencje w dwojaki sposób. O pierwszym piszę co tydzień: wzrost cen surowców i słabnięcie dolara to mniejsze zyski spółek i rosnące koszty importu, co zwiększy deficyt i przyczyni się do dalszego osłabienia waluty USA. To w końcu musi doprowadzić do zwiększenia inflacji. I tu dochodzimy do wniosków, które wyprowadzić można z MAT. Otóż jednym z etapów cyklu Pringa jest ten w którym, w trendzie wzrostowym są towary, ceny obligacji i kursy akcji. Z tego etapu przechodzimy w następny, w którym spadają ceny obligacji, potem zaczynają spadać ceny akcji a na końcu ceny towarów. Często sygnałem wczesnego ostrzegania jest wtedy słabnący dolar. Taki sygnał wystąpił. Potrzeba tylko końca hossy na rynku obligacji, żeby nastąpił duży spadek na rynku akcji. Tyle tylko, że MAT zajmuje się długimi okresami (miesiące, lata).
Nie można oczekiwać, że po 27 stycznia na 100 proc. będziemy wiedzieli czy wojna będzie czy nie. Dyskusje w ONZ będą miały tendencję do przedłużania się i to nie o dni, ale tygodnie. Powstaje więc fundamentalne pytanie: czy prezydent Bush będzie miał tyle cierpliwości, żeby czekać? Owszem, odłożenie decyzji na jesień (bo podobno po lutym klimat w Iraku nie będzie sprzyjał atakowi) wywołałoby chwilową poprawę nastrojów, ale sprawa konfliktu na Bliskim Wschodzie nadal ciążyłaby na rynkach i w drugiej połowie roku doprowadziłaby do stagnacji gospodarki, a nie do jej ożywienia. W interesie całego świata jest szybkie rozstrzygnięcie kwestii: wojna czy pokój. Paradoksalnie jednak, takie wyczekiwanie pomaga w tej chwili giełdom, bo nikt nie chce ryzykować krótkich pozycji, mimo fatalnych danych makro i słabych zapowiedzi spółek. Straty w przypadku odwołania lub przesunięcia wojny byłyby za duże. Poza tym, wojna może być krótka i zwycięska dla USA, co też wywołałoby wzrosty indeksów. Analiza techniczna sygnalizuje dalsze spadki, fundamenty też nie uzasadniają wzrostów, ale jest nieszczęsna geopolityka. Dopóki sytuacja się nie wyjaśni, albo nie będzie się wydawało, iż się wyjaśniła, koniunktura na giełdach będzie się gwałtownie zmieniała, ale rynek nie będzie miał siły do wzrostów.
Z Polski
Istotne wydarzenia dla naszego rynku miały miejsce w końcówce tygodnia. Zamieszanie w Ministerstwie Finansów chyba jednak nie do końca zaskoczyło rynek, co sugeruje przebieg czwartkowych notowań na GPW.
Zaskakująca była natomiast akcja banku centralnego Węgier, który w ciągu paru dni dwukrotnie obniżył stopę procentową w sumie o 200 pkt. To znacznie osłabiło forinta i taki był zamiar banku, który już nieraz interweniował na rynku walutowym. Jego polityka całkowicie różni się od tej, do jakiej przyzwyczaiła nas RPP. Miało to wpływ i na złotego. Ale nie wiadomo czy tylko to. Złożenie dymisji przez wiceministrów finansów też mogło nieco pomóc. Na wykresie euro/złoty nasza waluta wyszła górą z dużej flagi – analiza techniczna mówi wyraźnie, że powinna spadać aż do 4,65 za euro. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale jeśli zamieszanie w MF doprowadzi do źle ocenianych zmian, dojdzie kryzys koalicji (PSL ma się spotkać z SLD w końcu tygodnia), a premier będzie miał coraz większe problemy z powodu afery Rywina, to kto wie? Nie piszę o aferze korupcyjnej i nie będę snuł prognoz, ale myślę, że nie doceniamy tego, co może się jeszcze w związku z nią wydarzyć w sferze polityki.
Dane makro z Eurolandu jakie zostały opublikowane w minionym tygodniu były dla odmiany dobre. Inwestorzy jednak tylko przez chwilę się z nich cieszyli. Produkcja przemysłowa w Niemczech wzrosła w listopadzie o 2,5 proc., w Wielkiej Brytanii o 0,4 proc., a we Francji o 1,2 proc. Trzeba jednak brać pod uwagę, że nastąpiło to po sporym spadku w październiku. Na dodatek, są to dane bardzo historyczne, a jedna jaskółka nie czyni wiosny. Dla równowagi, stowarzyszenie handlu detalicznego w Niemczech (HDE) poinformowało, że okres zakupów świątecznych w 2002 r. był “nieszczęściem” dla handlu a sprzedaż detaliczna w całym roku spadła prawdopodobnie o 3 proc. Kanclerz Niemiec i premier Francji oświadczyli z kolei, że wzrost euro nie zaszkodzi gospodarce Eurolandu i, że zawsze chcieli, żeby Unia miała silną walutę. W tym kontekście dziwnie brzmi komunikat o niemieckim PKB, który w minionym roku wzrósł jedynie o 0,2 proc. i to tylko dzięki eksportowi. Nie bardzo wiem, jak można twierdzić, że mocne euro nie zaszkodzi jedynemu sektorowi, który broni gospodarki przed recesją.
Niemiła informacja dotarła na rynek z ministerstwa finansów. Podobno skłania się ono do nie przedłużania zwolnienia z podatków od zysków z giełdy poza 2003 r. Oczywiście za wcześnie na to, żeby się tym bardzo przejmować, ale końcówka roku może być bardzo kiepska. Jeśli rzeczywiście w drugiej połowie roku będziemy mieli duże prywatyzacje i będzie już jasne, że od 2004 r. podatek będzie jednak obowiązywał to wyprzedaż mamy niemal zapewnioną. Jest spora ilość inwestorów indywidualnych o dużych portfelach, którzy będą woleli sprzedać akcje bez podatku. Uważam, że wszyscy zainteresowani powinni wywierać nacisk na ministerstwo doprowadzając do rezygnacji z tych, zabójczych dla giełdy pomysłów.
Interesująco zachowuje się wskaźnik koniunktury rynku kapitałowego (WKRK) — zmiany są bardzo gwałtowne. Teraz pokazuje, że jest 56 proc. niedźwiedzi i tylko 30 proc. byków (interpretuje się go odwrotnie). Widać tu jak na dłoni ten sam problem, który trapi naszą giełdę – brak płynności. Trudno w takiej sytuacji mówić o prognozach, kiedy w dowolnym momencie fundusze, ze względu na małą płynność, mogą ustawić sesję jak chcą. Gołym okiem było widać w czwartek, że część graczy wiedziała o planowanych dymisjach w MF (spadki nastąpiły przed decyzjami banku Węgier), a z kolei w piątek, spadek nastąpił na tak śmiesznym obrocie jakby na świecie nic się nie działo, a zarządzający telepatycznie doszli do porozumienia, że nie ma powodów do sprzedaży akcji. Na takim rynku możliwe są najróżniejsze pułapki i będę się dziwił, jeśli takie nie wystąpią.
Analiza techniczna sygnalizuje, że wchodzimy w trend spadkowy. Od dłuższego czasu ostrzegałem, że fale piąte mają tendencję do załamywania się w najmniej oczekiwanym momencie. Wydaje się, że znowu zaczyna się okres, w którym nasz rynek będzie postępował za światowymi parkietami, ale będzie od nich mocniejszy ze względu na perspektywę wejścia do UE. Uważam, że jedynie informacje z geopolityki mogą doprowadzić do pokonania giełdowych szczytów. Jeśli sytuacja w tej dziedzinie nie ulegnie zmianie, albo będzie się pogarszała, to indeksy będą się osuwały.