Konfederacja Pracodawców Polskich przekazała rządowi opinię w sprawie projektu ustawy budżetowej na rok 2003 w przeddzień przyjęcia przez Radę Ministrów (28 września) jego ostatecznej wersji. Nie mogliśmy wyrazić jednoznacznego stanowiska wobec budżetu — z powodu braku informacji dotyczących możliwego deficytu około 8 mld zł w funduszach celowych i agencjach pozabudżetowych — na przykład ARiMR oraz ARP. Do 26 września partnerzy społeczni nie otrzymali obiecanych przez stronę rządową wyjaśnień. A przecież wspomniany deficyt będzie musiał w przyszłych okresach znaleźć pokrycie ze środków budżetowych.
Na podstawie niepełnej analizy projektu ustawy budżetowej na rok 2003 KPP sformułowała następujące uwagi:
- Rząd przyjął, że przyszłoroczny wzrost produktu krajowego brutto wyniesie aż 3,5 proc. Wskaźnik ten został przyjęty przy oszacowaniu inflacji na 2,3 proc. Wykonanie tych planów byłoby bardzo korzystne, jednak utrzymanie w 2003 r. założonego poziomu inflacji wydaje się trudne, gdyż wraz ze wzrostem PKB wzrośnie popyt konsumpcyjny i inwestycyjny.
- Wprawdzie nastąpiło odwrócenie negatywnej tendencji i zakłada się utrzymanie deficytu budżetu poniżej 5 proc. PKB, jednakże z analizy wydatków i dochodów wynika, że będzie on większy. Przyczyną zaniżenia przez rząd rzeczywistych rozmiarów deficytu jest m.in. rozszerzenie zakresu wykorzystania kredytu komercyjnego poprzez agencje i fundusze Skarbu Państwa.
- Następuje dalszy wzrost fiskalizmu państwa. Przy zakładanym (w naszej opinii — nierealnym) tempie wzrostu gospodarczego 3,5 proc., dochody podatkowe rosną o 3,8 proc., a ich udział w PKB — do 17,7 proc. Jeśli zaś uwzględni się jeszcze quasi-podatki — opłatę abolicyjną i restrukturyzacyjną czy nieuwzględnioną w budżecie opłatę winietową — to wychodzi jeszcze więcej.
- Rząd wycofał się z obniżki stawki podatku dochodowego od osób prawnych (CIT) z 28 do 24 proc. i zaproponował 27 proc., na dodatek bezterminowo. Ustawowy program obniżki CIT do 22 proc. uwzględniany był w programach rozwojowych wszystkich przedsiębiorstw. Rząd dał jednoznaczny sygnał, że firmy nie mogą liczyć na stabilne reguły prawne, co podnosi ryzyko inwestycji bezpośrednich w Polsce. Wzrost fiskalizmu dotknie szczególnie małe i średnie firmy, dla których przewiduje się wiodącą rolę w zwiększaniu zatrudnienia. Najcześciej płacą one PIT, którego realny wymiar rośnie ze względu na kolejne już zamrożenie progów.
- Wysokość wpływów budżetu z CIT wyliczono przy założeniu, że nastąpi wzrost aktywności gospodarczej przedsiębiorstw, będący m.in. następstwem obniżenia kosztów osobowych. Wdrażane w 2003 r. przepisy o minimalnej płacy (wzrost z 760 zł do 775 zł), bardziej restrykcyjne przepisy o czasie pracy kierowców, nowe przepisy o ocenie maszyn pod kątem bezpieczeństwa pracy, stale wzrastający poziom biurokracji pracowniczej i jego rozszerzanie na umowy cywilnoprawne — wszystko to spowoduje efekt odwrotny od zakładanego. Pracodawcy spodziewają się w roku 2003 dalszego wzrostu kosztów osobowych, wskutek czego wpisane do projektu budżetu wpływy z CIT mogą nie zostać wykonane.
- Część wpływów do budżetu, na które składają się takie pozycje, jak abolicja podatkowa, opłata restrukturyzacyjna, dodatkowe wpływy z podatku akcyzowego — nie powinna być zaliczana do dochodów. Kwoty te powinny być traktowane jako budżetowe rezerwy, gdyż ich realizacja obarczona jest dużym ryzykiem.
- Poziom rozwoju infrastruktury, w tym szczególnie dróg, ogranicza możliwości rozwojowe. Jednocześnie brak reformy finansów publicznych powoduje, że w 2003 r. udział wydatków sztywnych w budżecie rośnie do 67,8 proc. Oznacza to, że „wypychają” one z budżetu wydatki prorozwojowe. Wzrost nakładów inwestycyjnych o 5,6 proc. pozwoli zaledwie na przywrócenie ich poziomu z bardzo niekorzystnego roku 2001. Niepokojący jest fakt, iż autorzy projektu budżetu nie proponują rozwiązań systemowych (poza zmianami w sposobie liczenia amortyzacji), zdając się głównie na... poprawę koniunktury światowej.
- Jeszcze bardziej niepokojącym zjawiskiem jest założony na rok 2003 tylko niewielki — mimo wcześniejszych zapowiedzi — spadek bezrobocia i brak istotnych propozycji rozwiązania tego najistotniejszego problemu społecznego i ekonomicznego Polski.
W trakcie parlamentarnych prac nad budżetem wskazane jest dokładne przeanalizowanie wydatków na administrację, gdyż:
- Spadek zatrudnienia w administracji o 1 proc. wydaje się nieproporcjonalnie mały w stosunku do już dokonanych i zapowiedzianych przez rząd ograniczeń w jej rozbudowanych strukturach.
- Zdecydowanych cięć wymagają wpisane do projektu wydatki naczelnych organów władzy, kontroli, sądownictwa itp., które zweryfikować może dopiero parlament. Wydatki te miałyby wzrosnąć łącznie o 20 proc., a w niektórych urzędach nawet o 30 proc. Takie zamiary są po prostu nie do przyjęcia.
Przy omawianiu wydatków rząd prezentuje je w układzie strukturalnym, wyodrębniając m.in. „prawnie zdeterminowane” oraz „elastyczne”. Sugeruje to, że te pierwsze właściwie są już określone i nie podlegają ewentualnym korektom. Są wśród nich i takie, ale są też np. subwencje dla jednostek samorządu terytorialnego (w kwocie ogromnej, ponad 29,3 mld zł), które różnią się od innych wydatków zadaniowych tylko tym, iż ich dysponentami są organy samorządowe, a nie rządowe. Tymczasem również one powinny stać się przedmiotem analizy i ewentualnych redukcji.
Ustawa budżetowa, wraz ze wszystkimi załącznikami, jest tak ogromnie rozbudowana, że obejmuje wydatki od Kancelarii Prezydenta RP aż po gminę, i to w układzie rodzajowym o niebywałej szczegółowości. Powstaje pytanie, czy Sejm może w ogóle — a tym bardziej w założonym przyspieszonym tempie — dokonać takiej ich analizy, aby je rzetelnie uchwalić. W ślad za tym automatycznie nasuwa się drugie pytanie — czy później posłowie mogą je kontrolować w tak szczegółowym układzie, choćby przy rozpatrywaniu sprawozdania rządu z wykonania budżetu. Wydaje się to niemożliwe.
Autor jest prezydentem Konfederacji Pracodawców Polskich