Szczęściarz

Wojciech Surmacz
opublikowano: 01-12-2006, 00:00

Prowokator. Nie robi świństw. Musi być przyzwoity. Lider sądeckiej uczelni — szczęśliwy dziadek.

Odejdzie w 2014 roku.

Potem wywoła sensację.

„Puls Biznesu”: „Wstaję około 6 rano. Najintensywniej pracuję od 7.00 do 10.00 w domu i nie używam komputera. Muszę mieć za to koniecznie czarny długopis i papier w kratkę. Tylko wtedy mogę pisać z prędkością jednej strony gotowego tekstu na 25 minut”. Tak pan się przedstawia na swojej stronie internetowej.

Krzysztof Pawłowski: Lekka korekta, używam komputera, tyle że nie do pisania.

Ale ciągle tak jest?

Tak. Piszę tylko długopisem.

Jutro pan będzie pisał?

Nie. Z prostego powodu: jutro jest mecz z Bułgarią. Jestem zagorzałym kibicem, szczególnie lekkiej atletyki i siatkówki. Jak miałem kilkanaście lat, potrafiłem wymienić dziesiątkę najlepszych zawodników na świecie, w Europie i w Polsce z wynikami — w każdej konkurencji lekkiej atletyki. Wariactwo. Teraz już nie potrafię, ale znam się na tych dyscyplinach dobrze. Jestem fanatykiem siatki. Uwielbiam oglądać transmisje z aktualnych mistrzostw świata.

Z Rosją…

Wygraliśmy 3:2. Oczywiście oglądałem.

Popłakał się pan z radości? Bo ja tak.

Nie. Ale byłem w strasznych emocjach. Mam niemal obsesję na tle braku wytrwałości Polaków. O nas się często mówi: utalentowani, lecz słomiani zapaleńcy. A co pokazali siatkarze? Wręcz nieludzką odporność psychiczną. To mi najbardziej w nich imponuje.

Był pan wkurzony po tym meczu?

Nie. Byłem załamany po pierwszych dwóch setach.

Szkoda, bo może coś dobrego by pan napisał. Ponoć pasja polemiczna się w panu ujawnia, gdy jest pan zdenerwowany?

O, tak. To prawda. Najlepsze teksty pisałem wkurzony. Tak emocjonalnie jestem zbudowany. Czasem kogoś wręcz proszę: no, zrób coś, żebym chciał napisać z nerwem.

Co do tej polskiej słomianej fascynacji. Polityczne zacięcie się odzywa? Akcentów politycznych w pańskim życiorysie nie da się pominąć.

Akurat nie mam się czego wstydzić.

Nie do tego piję. Otóż w jednym z felietonów napisał pan: „ (…) patrząc na nieudolne poczynania kolejnych polskich rządów, niedostrzeganie szansy rozwojowej w wykształceniu społeczeństwa, niestety ze wzrastającym niepokojem patrzę w przyszłość”. Aktualne?

Niestety. Polski sukces edukacyjny nie ma nic wspólnego z kolejnymi rządami. Fundamentem było mądre prawo z 1990 roku. Nikt wtedy nie przewidywał, że tak otworzy system państwowy i prywatny. W sumie ponadpięciokrotnie wzrosła liczba studentów — przybyło ich około 1,5 mln. Z czego jakieś 500 tys. w szkołach prywatnych, a dodatkowy milion kształcą uczelnie publiczne. Ale działań systemowych nigdy w Polsce nie było. Ministrowie edukacji na poziomie szkolnictwa wyższego nigdy nie stworzyli systemu sprzyjającego jakości nauczania i rozwojowi badań naukowych. Mówię to z przykrością: wszystkie polskie rządy, niezależnie od partyjnej barwy, nie zdały egzaminu z edukacji.

Przy byle okazji zwykł pan podkreślać, że szkoła sądecka była inicjatywą polityczną, bo chciał pan zrobić coś użytecznego dla wyborców, którzy pana wybrali do Senatu w 1989 r.

Wie pan, to zabawne, że dzisiaj, jak się słyszy słowo polityk, to każdy podejrzewa wyłącznie działania interesowne. W pierwszym Senacie i Sejmie była naprawdę masa ludzi przejętych ideą robienia dobrych rzeczy dla Polski. Mam 60 lat, czyli 17 lat temu miałem zaledwie 43 lata. Byłem młodym człowiekiem i niezłym naukowcem z 20-letnim stażem zawodowym.

Taki pan nieskromny troszeczkę.

Spokojnie. Skromny nie byłem nigdy. Ale zarozumiały też nie. Gdyby tak przejrzeć środowisko naukowców zajmujących się wtedy badaniami struktury grafitu i węgla, to w Europie byłem w pierwszej dziesiątce. Ale nie najlepszy. Żyłem na marginesie. Biedny jak mysz kościelna. Pogodzony z życiem. W latach 80. działałem w KIK i Solidarności, bo taki czułem obowiązek. Kiedy ogłoszono stan wojenny, marzyłem, by te wszystkie nasze powolne kroki przyniosły rezultaty choćby dla pokolenia mojej córki Kingi. Nieoczekiwanie stałem się jednym z tych, którzy wprowadzali nową jakość życia, nowe państwo. Wreszcie byliśmy wolni. Człowiek w naturalny sposób chciał wykorzystać ten nadzwyczajny czas.

Miał pan świadomość tej nadzwyczajności?

To było absolutnie pragmatyczne działanie.

Pisze pan o sobie: „nie jestem zwierzęciem politycznym, tworząc szkołę nie byłem profesjonalistą, nie jestem klasycznym rektorem ani menedżerem”. To kim pan u licha jest?

Przedsiębiorcą i liderem. Przedsiębiorcą, bo mnie pobudzają do działania problemy. Najlepiej mi głowa pracuje, gdy jestem pod ścianą. Nie boję się zmiany. Z tym się człowiek rodzi. Z drugiej strony mam chyba taką absolutnie typową cechę lidera: wyprzedzam czas, ciągle idę do przodu. Mam dar myślenia innowacyjnego. Lubię być wzorcem dla innych. Niestety, liderem bardzo trudno być. Z prostego powodu: trzeba być absolutnie przezroczystym — uczciwym i porządnym.

Za takiego się pan uważa?

Dążę do tego. Człowiek nigdy nie uzyska doskonałości w tym zakresie, ale jest tu pewna rzecz absolutnie zero-jedynkowa. Młodzież bezlitośnie i bezwzględnie wychwytuje każdy fałsz. Szkoła w dużej mierze opiera się na mnie. Nie mogę robić świństw, kłamać itd. Muszę być przyzwoitym człowiekiem.

Nawet pan kiedyś wygłosił wykład na temat marki Krzysztof Pawłowski. Pan się uważa za żywą legendę?

Nie ja się uważam. To ludzie mi mówią, że stałem się marką. Tym wykładem oczywiście bardzo dużo ryzykowałem. To było wiele lat temu.

Ale przede wszystkim chyba pan prowokował?

Oczywiście. Chciałem studentów zaskoczyć, ale bałem się. Byłem przygotowany, przemyślałem to i muszę panu powiedzieć, że to niezwykłe uczucie przejmującej ciszy do dzisiaj czuję. Pełna sala wykładowa. Ponad dwieście osób słuchało mnie w totalnym skupieniu. Oni mi wisieli na ustach. Wiedziałem, że trafiłem, że to dla nich ważne. Bardzo ryzykowne zagranie. Do dziś wielu absolwentów wspomina tamto wydarzenie.

Znowu z pańskiej strony: „Mam poczucie spełnienia. Ryzykując etykietkę sentymentalisty, powiem, że ja po prostu kocham patrzeć, jak moje dzieciaki rosną, dojrzewają i mam nadzieję, że w przyszłości jeszcze zobaczę, jak moi najlepsi absolwenci zaczną zmieniać świat, i to w dobrą stronę”. Szczerze? Takie to…

Zbyt lukrowate?

Co najmniej.

To proszę losowo wybrać setkę moich absolwentów i porozmawiać z nimi o mnie. Naprawdę traktuję studentów jak swoje dzieci.

Włożył pan też łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Przyznał pan, że popełnił wiele błędów w ciągu tych kilkunastu lat rektorowania.

Oczywiście.

Najgorzej idzie panu zarządzanie zasobami ludzkimi?

Zdecydowanie. Mam dużo lepsze relacje ze studentami niż z pracownikami. Trochę to wynika z tego, że sam bardzo ciężko pracuję. Na dużych obrotach. Myślę, że pracuję więcej od swoich współpracowników. Na obciążeniach, które naprawdę trudno wytrzymać. W sposób oczywisty wymagam dość dużo od swoich pracowników. Druga rzecz — nieźle płacę. Szczególnie kadrze. Więc na przykład nie widzę powodu, żeby chwalić. Jeżeli ktoś dobrze pracuje, to bierze za to pieniądze — taki obowiązek. A ludzie lubią być chwaleni. Nie umiem chwalić, to jedna z rzeczy, która powoduje ten nie najlepszy stan relacji. Ale może przesadzam? Chyba nie jest tak źle. Znienawidzony nie jestem. Ale dużo mam sobie do zarzucenia. Chyba jestem trochę za miękki.

Jak to?

Dobry menedżer musi być twardy. Jak trzeba wyrzucić człowieka, to żadne sentymenty nie powinny wchodzić w grę.

A szanowny pan niestety sentymentalny.

Jak się zbudowało instytucję, która nie miała prawa powstać i osiągnęła niebywały sukces, to człowiek się przywiązuje do tych, z którymi zaczynał. Część z nich byłaby w tej chwili bardzo łatwa do zastąpienia przez jeszcze lepszych.

„Niebywały sukces” — co jest dla pana miarą sukcesu?

Zbudowanie uczelni wyższej w małym mieście. Bez środków publicznych, dzięki bardzo twardemu zarządzaniu budżetem szkoły, czyli pieniędzmi studenckimi. Zbudowanie uczelni markowej na totalnej pustyni edukacyjnej Nowy Sącz. Po pięciu latach działalności wygraliśmy pierwszy ranking ogólnopolski. Od tamtego czasu utrzymujemy się w absolutnej czołówce. Bez wątpienia sukces. Ale największym sukcesem jest zbudowanie instytucji, która może swojego autora przeżyć nawet setki razy. Często się śmieję, że tylko uniwersytety i kościoły są wieczne. To duża frajda. Mnie już nie będzie, pamięć pozostanie. Uwielbiam projektować przyszłość i to właśnie robię.

Powiedział pan, że był biedny jak mysz kościelna.

I szczęśliwy.

A teraz?

Jestem normalnym, szczęśliwym, dobrze sytuowanym człowiekiem. Na pewno nie jestem milionerem. Nie uwierzy pan, ale akurat do pieniędzy nie przykładam wielkiego znaczenia. Lubię się dobrze ubrać. Ostatnio zaczyna ubierać mnie moja absolwentka — założyła firmę odzieżową dla VIP-ów. Lubię dobry alkohol. Johnnie Walker nie jest mi obcy. Ale na pewno mnie nie stać na złotego czy niebieskiego Walkera. Lubię w zimie wyjechać na urlop do ciepłych krajów. Stać mnie na to. Ten poziom zamożności jest dla mnie wystarczający. Szczęście czerpię z innych rzeczy. Wiem, że to trochę sztucznie brzmi. Ale co ja poradzę? Długo mógłbym opowiadać o sukcesach swoich absolwentów. To chyba jest największe uczucie szczęścia. Drugie, to chyba radość z osiągnięcia pozycji takiego faceta nagradzanego, szanowanego, którego się pyta o zdanie.

Jednym słowem: autorytet.

Nie chcę tego słowa używać.

Ale ja go użyłem.

Wie pan, jak z tymi autorytetami teraz bywa. Bardzo różnie. Na pewno mogę chodzić z podniesioną głową. Kocham góry, mam piękny ogród, piękny dom. Naprawdę jestem szczęśliwy. Od dziesięciu miesięcy jestem dziadkiem. Na Dzień Dziadka urodził mi się wnuk — cudowny, wymarzony. Dość trudno byłoby znaleźć w moim życiu miejsce, by do tego szczęścia jeszcze coś dołożyć.

Normalnie szczęściarz!

Proszę pana. Takich normalnych ludzi jak ja jest w tym kraju naprawdę mnóstwo. Oni przeważnie nie mają czasu, nie są zainteresowani autopromocją. Ja po prostu rzeczywiście miałem szczęście. To wy — media — zrobiliście ze mnie jakiś wzorzec. Zawsze wszystkim powtarzam, że sukces sądeckiej szkoły w dużej mierze zawdzięczamy dziennikarzom. Zwykle media niszczą, a w moim przypadku zbudowały.

Widać pan zasłużył.

Od początku działalności mojej szkoły braliście ją za wzór działalności. Dzięki wam kompletnie nie musieliśmy się promować.

To chyba dobrze?

Bardzo dobrze.

Czyli nie warto wieszać psów na mediach?

Nigdy nie wieszałem. Nawet czasami tak sobie myślę: cholera, przecież kiedyś się musi skończyć ta moda na Pawłowskiego. A tu znowu jakiś Johnnie Walker do mnie oko puszcza. To mnie tak rozbawiło.

Nic na to nie poradzę — po prostu przyznano panu kolejną nagrodę. ň propos końca tej mody na Pawłowskiego. Wyznaczył pan sobie datę 1 października 2014 roku, pisząc: „w tym dniu opuszczę Szkoły”. Co się wydarzy? Dlaczego akurat wtedy?

Będę miał 68 lat. W sposób naturalny stanę się przeszło 20-letnim rektorem. Ta szkoła będzie albo najlepsza, albo jej w ogóle nie będzie. Ona potrzebuje nieustannie nowych idei, nowych wzorców — takiej ciągłej ucieczki do przodu. Buduję kulturę organizacyjną, otwartą na zmiany. A stary człowiek musi się stać w pewnym momencie bardziej konserwatywny. Dlatego powiedziałem sobie twardo: trzeba wyznaczyć sobie granicę, bo później można się znaleźć w obszarze swoistej śmieszności. Wyznaczyłem sobie taki termin, że będę jeszcze wystarczająco młody, by podjąć jakieś nowe wyzwania. Zarazem będę wystarczająco spełniony w szkole, by powiedzieć, że co mogłem zrobić, już zrobiłem. Ostatnią kadencję zaczynam za rok. Wtedy za siedem lat autentycznie wycofam się z zarządzania uczelniami.

Tu mnie pan zaskoczył, bo to w sumie dość brutalna samoświadomość. Takie twierdzenie, że w wieku 68 lat będzie pan już zużyty z punktu widzenia swojej uczelni.

Za to będę wystarczająco młody, by podjąć się czegoś innego.

Ale czego?

Cały czas intensywnie o tym myślę. Mam pomysły. Ale nie mogę powiedzieć, bo wtedy nie zaskoczę. Na pewno to będzie coś, co będzie sensacją. Zostawiam sobie na to siedem lat. Za chwilę ze studentami będę to trenował. Ale już więcej nie powiem.

dr Krzysztof Pawłowski, rektor Wyższej Szkoły Biznesu — National-Louis University w Nowym Sączu

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wojciech Surmacz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu