Szczyt G7 wstępem do grudniowego G20 w USA

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-06-17 17:35

Główne oświadczenie przywódców G7 w kwestiach geopolitycznych zostało przyjęte jednomyślnie również przez Donalda Trumpa.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Najważniejszym punktem takich eventów, jak coroczny szczyt grupy G7 – poszerzonej o kilka państw z większej G20 oraz zaproszonych spoza obu struktur – we francuskim uzdrowisku Évian-les-Bains nad Jeziorem Genewskim zawsze jest familijne zdjęcie władców. Takie protokolarne celebracje kilka razy obserwowałem z bliska i zawsze miałem wrażenie, że po rozejściu się prezydentów/premierów z fotograficznego podium uchodziło z nich napięcie, na dobrą sprawę mogliby już rozjeżdżać się do domów. Pozostawał jeszcze tylko oficjalny posiłek oraz formalność zatwierdzenia, najlepiej jednomyślnie, końcowego dokumentu, mozolnie przygotowywanego od miesięcy przez gospodarzy danego eventu.

Przeciwdziałając ewentualnej klęsce wizerunkowej, Emmanuel Macron rozegrał szczyt G7 sprytnie proceduralnie. Liczył się z zagrożeniem, że obrażalski i rozchwiany decyzyjnie Donald Trump może nagle wyjechać przed czasem – rok temu uszedł tak z kanadyjskiego górskiego kurortu Kananaskis – albo demonstracyjnie odmówić podpisania końcowej deklaracji, jak uczynił to w 2018 r. podczas swojej pierwszej kadencji. W związku z tym francuski gospodarz uprzedzająco podzielił główny dokument na kilka odrębnych i taktyczny cel osiągnął. Główne oświadczenie przywódców G7 w kwestiach geopolitycznych zostało przyjęte jednomyślnie również przez łaskawcę Donalda Trumpa. Obejmuje ono trzy rozdziały zatytułowane: Ukraina, Środkowy Wschód (w naszej terminologii – Bliski) oraz Indo-Pacyfik.

Oświadczenie rozpoczyna się wzniośle „My, przywódcy G7, jesteśmy zjednoczeni w naszym niezachwianym poparciu dla Ukrainy w obronie jej wolności, suwerenności i integralności terytorialnej”. Nierozwiązywalny problem polega na tym, że deklarowane jednolicie chciejstwo Zachodu nic a nic nie obchodzi Władimira Putina. Kremlowski car, ścigany międzynarodowo jako zbrodniarz wojenny, akurat na powitanie G7 demonstracyjnie wręcz zaatakował uświęconą Ławrę Peczerską w Kijowie, którą przez cztery lata rosyjskie rakiety i drony jakoś omijały. Geopolityczne oświadczenie jest tak ogólnikowe, że stało się akceptowalne dla wszystkich udziałowców G7. Notabene nikt nie wie, co prezydent USA tak naprawdę myśli obecnie o prezydencie Rosji, którego 15 sierpnia 2025 r. przecież tak hołubił na czerwonym dywanie w Anchorage na Alasce. Raczej przyjął już do wiadomości, że nie ma szans na zrealizowanie swojej mrzonki o szybkim zakończeniu agresji Rosji, która notabene trwa już dłużej niż pierwsza wojna światowa.

Paradoks G7 polega na tym, że głębokie rowy wykopane zostały wewnątrz samej grupy, będącej przecież od 1975 r. symbolem wysoko rozwiniętego Zachodu. Spotkanie w Évian-les-Bains potwierdziło zabetonowany podział choćby w kwestii szkodliwych dla całego świata taryf celnych czy też ujęcia w jednolite normy prawne obecnego dzikiego rozwoju sztucznej inteligencji. Podział G7 w spornych tematach jest bardzo czytelny w stosunku 1:6 – Donald Trump versus premierzy europejskiej czwórki Niemcy, Wielka Brytania, Francja (tu prezydent) i Włochy wspartej przez Kanadę i Japonię. We wspomnianych obszarach szczyt nie przyniósł jakiegokolwiek zbliżenia, ale profilaktycznie zostały one wyłączone z głównej deklaracji geopolitycznej.

Podczas zbiórki G7 powszechne nadskakiwanie prezydentowi USA i łagodzenie jego niezadowolenia miało konkretny cel kalendarzowy. Bardzo niedługo, 7-8 lipca 2026 r., w tureckiej stołecznej Ankarze odbędzie się naprawdę strategiczny szczyt Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO). Chodzi o to, by Donald Trump na pewno przyjechał – a nie na przykład wyręczył się swoim przybocznym Jamesem Davidem Vancem – oraz wreszcie precyzyjnie wyłożył sojusznikom, jak widzi przyszłość USA w demonstracyjnie lekceważonym przez niego NATO.

Uzgodniona deklaracja geopolityczna G7 zakończyła się charakterystycznymi słowami. Przytaczam dwa finalne zdania: „Potwierdzamy nasz wspólny interes w konwergencji z innymi dużymi gospodarkami w sprawie przyczyn dużych i utrzymujących się globalnych nierównowag oraz potrzeby ich rozwiązania. Będziemy kontynuować te wysiłki w ramach G20 w tym roku, gdy Stany Zjednoczone Ameryki będą gospodarzem szczytu, oraz na innych stosownych forach”. Był to końcowy ukłon wobec Donalda Trumpa, który już przygotowuje dokumenty grudniowego G20 i zechce wykorzystać ten wielki zlot we własnym ośrodku golfowym na Florydzie do umeblowania świata na własną modłę.